Gości online:   10

       

 

MIĘDZY GALERIĄ A ANTYKWARIATEM

 

 

   Słynny kompozytor włoski Gioacchino Rossini, twórcą był genialnym, smakoszem wielkim, dowcipnisiem niezrównanym. Gdy przed laty dogłębnie badałem jego życiorys, co potrzebne mi było do prowadzenia koncertów w Filharmonii, nieustannie znajdowałem przypisywane mu złote myśli, anegdoty związane z jego nieprawdopodobnym obżarstwem i bon moty (dziwnie ta francuszczyzna z polską końcówką wygląda!). Kiedyś podobno mistrz miał powiedzieć:

   - Płakałem w życiu tylko dwa razy: gdy zmarła mi matka i gdy… kelner na moich oczach upuścił indyka z truflami do jeziora Como.

   Jeśli odrzucić z tej wypowiedzi zamierzoną warstwę przewrotnego żartu, to pozostanie nam konstatacja, że Rossini mówił o wydarzeniach najgłębiej, najsilniej zapisanych w jego pamięci.

   Każdy ma takie.

   Ja też mam w pamięci   

        

Niezapomniane klientki

 

 

 

   Pierwszy mój antykwariat nazywał się „Salon Hobby” i otwarty 1 marca 1989 r. mieścił się w piwnicy willi, w której mieszkałem przy ulicy Wojska Polskiego 162. Istniał do roku 2000, a przyjmował wszystko, co wiązało się ze słowem „hobby”. Oprócz broni, filatelistyki, malarstwa, porcelany, map itp. - były nawet takie dziwadła, jak origami, tekturowe modele samolotów, mundury, hafty i setki innych obiektów. Kiedyś przyjąłem jakieś cekiny, taśmy i pióra, które potrzebne są przy szyciu kostiumów scenicznych.

   Któregoś dnia przyszła młoda mama, wózek z dzieckiem zostawiła w ogrodzie przed schodami wiodącymi do antykwariatu (obserwowaliśmy to na dużym monitorze podglądu z kamery), zeszła na dół i spytała o… pawie pióra. Traf chciał, że właśnie mieliśmy. Oglądając pęk piór dorodnie puszących się w ogromnym wazonie,  powiedziała:

   - Fajnie, że Państwo je mają. Długo szukam. Ludzie boją się handlować pawimi piórami, bo mówią, że przynoszą pecha!

   - Jezuuuu! Dzieeeecko! – krzyknęła moja żona.

   Rozmawiając z klientką przypadkowo spojrzała w okno wychodzące na ścieżkę łączącą furtkę ze schodami. A tam wózek z dzieckiem, które pewnie brykało w środku i wózek rozkołysało -  wolno, ale nieuchronnie, toczył się w kierunku wiodących w dół  schodów do antykwariatu.

   Nie wiem, ile wynosi rekord świata w biegu na 15 metrów, ale młoda mama z całą pewnością ten rekord pobiła. Jak gepard w ataku rzuciła się na ratunek maluchowi i złapała wózek na… drugim stopniu!

   Kiedy się uspokoiła i zacumowała wózek w bezpiecznym miejscu, wróciła i powiedziała bardzo dobitnie:

   - Miałam rację! Ludzie wiedzą, co mówią…

   Piór już nie kupiła.

                            * * *

   Drugi antykwariat „Akant” otworzyłem 1 września 1995 roku w centrum miasta (w spółce z partnerem). Dano nam lokal (400 metrów!) tylko na 5 miesięcy, jednak byliśmy tam 5 lat, bo tyle trwało, zanim miasto znalazło pieniądze na remont kamienicy a drogi wspólników się rozeszły... W tym czasie byłem już od kilku lat szczecińskim przedstawicielem dużego warszawskiego domu aukcyjnego „Unicum”. Stamtąd właśnie na otwarcie nowego antykwariatu przysłano do sprzedaży duży portret nieznanej młodej kobiety pędzla polskiego malarza, znanego, notowanego na aukcjach, ale nie należącego do I ligi naszych twórców (z rozmysłem piszę enigmatycznie, aby zachować incognito pani, o której chcę napisać.) Portret był w świetnym stanie, duży, trochę ciemny, ale efektowny. Kosztował 10 000 zł, a to parę miesięcy po denominacji pieniędzy była niebagatelna suma. Przed denominacją kosztował by 100 000 000 zł!

   Wątpiłem w możliwość sprzedaży tego obiektu. Gdyby jeszcze przedstawiał jakąś znaną, historyczną lub mityczną postać kobiecą, to może… ewentualnie.. po wynegocjowaniu mniejszej ceny… Nie, tego się nie sprzeda…

   A tu raptem niespodzianka! Do portretu kilkakrotnie wracała nieznana klientka w mocno średnim wieku, zawsze przychodząca z dorosłym synem, który w ogóle się nie odzywał. Oboje w żaden sposób nie wyglądali na osoby mogące zapłacić żądaną cenę. Wreszcie przy kolejnej wizycie pani podeszła do lady, położyła 10 000 złotych i powiedziała:

- To my weźmiemy ten obraz.

Zaniemówiłem, ale nie całkiem, bo zaproponowałem:

- Pracownik zaniesie to Pani do samochodu.

- Ale ja nie mam samochodu – odparła pani.

Zrobiło się jeszcze dziwniej. Piechotą po taki zakup?

Ustaliliśmy, że po pracy sam zawiozę obraz do domu nowych właścicieli, wziąłem adres, po 19,oo pojechałem na Pogodno. Spodziewałem się jakiejś willi lub apartamentu, a okazało się, że musiałem wnieść obraz na II piętro zwykłej, szeregowej kamienicy. Mieszkanie było – nie waham się użyć tego określenia – biedne, nie było w nim żadnego dzieła sztuki, o antykach nie wspominając. Przestałem cokolwiek rozumieć, więc spytałem prosto z mostu:

   - Autor albo ta kobieta z obrazu to jakaś rodzina?

   Odpowiedź pamiętam do dzisiaj:

   - Nie proszę pana. Żadna rodzina. Byliśmy z synem u jubilera Kruka po złoty łańcuszek do krzyżyka, coś nam się poplątało, przypadkiem weszliśmy obok, do pańskiego antykwariatu i zobaczyliśmy ten obraz. Od tego czasu oboje z synem nie mogliśmy o niczym innym myśleć. Nawet w nocy ta kobieta do nas przychodziła i mówiła, że chce z nami  być. Ja nigdy nie widziałam 10 000 złotych, więc wzięłam pożyczkę w banku i kupiliśmy. Dzisiaj chyba wszyscy się wyśpimy.

 

   Mówiąc „wszyscy” miała zapewne na myśli siebie, syna i... damę z obrazu.

                                        

                                       * * *

   Trzeci antykwariat „Antyki Bukowski” otworzyłem na Placu Grunwaldzkim 17 sierpnia 1998 roku. To jeszcze był czas złotych interesów i dobrego towaru na rynku. Później złote interesy pokonał kryzys, a dobry towar zniknął w czeluściach mieszkań polskich i niemieckich kolekcjonerów.

   Do dobrego towaru zawsze zaliczały się polskie szable. Szczególnie te ułańskie, modele z lat 1917, 1921, 1934 r. Wkrótce po otwarciu nowego antykwariatu zdobyłem dwie dobre szable w znakomitym stanie.

   Któregoś dnia do sklepu weszła starsza pani, zdecydowanym ruchem zdjęła ze ściany szablę za 8000 zł i kazała zapakować.

   Mojej żonie nie udało się powstrzymać zainteresowania i zdziwienia. Odbył się zatem taki dialog:

   - Pani zbiera szable? Niemożliwe, nigdy żadna kobieta nie  interesowała się

     bronią…

   - Nie, proszę pani, nie zbieram. Kupuję dla mojego wnuka, chcę, żeby był dzielny jak ci, którzy tej szabli kiedyś używali.

   - Oooo! To z wnuka musi być kawał chłopa?!

   - Czy ja wiem? Nie ma jeszcze roczku!

 

   Dzisiaj ten wnuczek ma chyba 16 lat. Bardzo bym chciał wiedzieć, czy ma jeszcze tę szablę, czy już zdążył wymienić ją na najnowsze modele elektronicznych bajerów…

 

 

Jacek Bukowski 

Drukuj | Powrót do listy


stat4u

Odwiedziny: 2057

Copyright by SMARTNET