Gości online:   10

       

MIĘDZY GALERIĄ A ANTYKWARIATEM

 

 

 

Pod koniec 1992 r do mojego antykwariatu wszedł niepozorny, niewyszukanie ubrany i równie niewyszukanie zadbany mężczyzna z dużą szramą na policzku. Zaproponował zrobienie interesu. Mówił po rosyjsku. Właściwie nie wyglądał na gościa, z którym ktoś by chciał wypić i zakąsić, a tym bardziej ubijać jakieś interesy, ale skoro grzecznie spytał, to ja też grzecznie - pytaniem na pytanie - odpowiedziałem: „A jaki interes?”

No to on spytał, czy nie zechciałbym kupić skrzypiec za 1000 $?

No to ja z kolei spytałem, o jakich skrzypcach rozmawiamy?

No to on odpowiedział, że o skrzypcach Guarneriego.

No to ja nieswoim, dziwnym głosem spytałem, którego Guarneriego?

No to on: A co? Było kilku?  Mam Giuseppe Guarneriego…  

No to ja zemdlałem, ale chyba tylko na chwilkę, bo ciekawość wzięła górę nad emocjami.

Nie wypada przecież mdleć, gdy człowiekowi pchają pod nos skrzypce warte milion dolarów i chcą za nie tylko tysiąc! W czasie, gdy dochodziłem do siebie, on rozszerzał ofertę: ma skrzypce Guarneriego z certyfikatem autentyczności, smyczek Guarneriego z certyfikatem autentyczności,  futerał z XVIII wieku z certyfikatem i - uwaga - zgodę Ministerstwa Kultury Rosji na wywóz tych fantów za granicę!!

Gdy wyłożył mi na ladę tę zgodę na wywóz, stało się jasne, że

 

          Wszystko było fałszywe!

 

Fałszywe były skrzypce, fałszywy smyczek, fałszywe certyfikaty i fałszywa zgoda na wywóz. Zacząłem się zastanawiać,  czy Rosjanin  był prawdziwy.  Odpowiedzi na to pytanie nie dostałem nigdy...

Najsłynniejszym lutnikiem na świecie był Stradivarius (albo - jeśli kto woli - Antonio Stradivari), to wiedzą wszyscy. Jego skrzypce (a zbudował ich dużo, około 1000 sztuk, z czego do dziś przetrwało mniej niż połowa)  ostatnio „chodzą” na nielicznych aukcjach w cenach ok. 3 miliony euro. Ale zaraz za nim na szczycie listy najlepszych i najdroższych budowniczych tego boskiego instrumentu lokują się przedstawiciele dwóch włoskich rodów: Amati i Guarneri, a szczególnie Bartolomeo Giuseppe Antonio Guarneri, zwany „del Gesu”, który w latach 1720 - 1744 wykonywał skrzypce porównywalne swą klasą do dzieł Stradivariusa. Dzisiaj jego instrumenty kosztują grubo ponad 1 500 000 euro.

Urzędnik, który by podpisał własnym nazwiskiem zgodę na wywóz takiej pary skrzypiec z Rosji, z całą pewnością byłby rozstrzelany, lub resztę życia spędziłby w kolonii karnej za kołem polarnym. Dokument był na 1000% fałszywy. To potwierdzało tylko domniemanie, że certyfikaty autentyczności też były lipne. Wszakże za moimi plecami stały 3 tomiszcza ogromnej, niemieckojęzycznej  „Encyklopedii skrzypiec”, którą szczęśliwie nabyłem rok wcześniej. Co szkodziło zajrzeć?

Otworzyłem encyklopedię na stronach poświęconych  lutnikom włoskim i sięgnąłem po latarkę.

Poprosiłem o skrzypce, położyłem je na ladzie, zaświeciłem latarką do środka pudła poprzez otwór rezonansowy i kazałem Rosjaninowi obejrzeć dokładnie to co widzi i porównać z tym, co mu pokazałem w encyklopedii przy nazwisku Guarneri. I tu i tu Rosjanin zobaczył papierowe wklejki, którymi się podpisuje wszystkie skrzypce świata, zarówno lutnicze, jak i fabryczne.

Wklejka w przyniesionych skrzypcach i oryginalna wklejka Guarneriego oglądane razem przypominały znaną zabawę dla dzieci pt: „Znajdź 10 szczegółów różniących oba obrazki”. Z tym, że tu tych różnic było więcej. Dla mnie było jasne, że mój klient ma instrument fabryczny, prawdopodobnie czeski, z całą pewnością XX-wieczny. Cóż z tego, że to było dla mnie jasne, skoro klient wydawał się nie przekonany. Kręcił głową, coś mamrotał w jakimś (chyba?) rosyjskim narzeczu, raczej do siebie, niż do mnie, a z mojej znajomości tego języka wynikało, że Rosjanin ubolewa, że jestem idiotą, który, nie chce skorzystać z tak dobrej oferty.

Potem spakował się i wyszedł.                           

Coś mnie podkusiło, szybko napisałem na kartce: „Muzeum Instrumentów Dawnych - Poznań - Stary Rynek”, wybiegłem z antykwariatu, złapałem go zanim doszedł do rozklekotanej Łady i wręczając ten karteluszek powiedziałem:

- Ja się słabo znam na skrzypcach, proszę spróbować pod tym adresem. Oni chętnie kupują stare instrumenty!”.

Kłamałem jak z nut, bo i wtedy i dziś to muzeum (jak to polskie muzea) z barku funduszy nic nie kupuje, a już w szczególności od wymiętych facetów z blizną na policzku.

Pojechał.

Wtedy zobaczyłem tablicę rejestracyjną. Mołdawską...

Ki diabeł? Sprawa nie dawała mi spokoju przez kilka dni. Kto chciał mnie nabrać?

Wreszcie zatelefonowałem do Poznania, do Muzeum. Spytałem, czy był taki klient ze szramą na twarzy i ze skrzypcami Guarneriego pod pachą.

- Ach, ten Rumun? Był. Ale wszystko miał fałszywe! Mówił, że Pan go do nas przysłał. Proszę tego więcej nie robić - odpowiedzieli.

- Jasny gwint! Rumun? Myślałem, że Mołdawianin? Z czeskim instrumentem i dokumentami Ministerstwa Kultury Rosji?- drążyłem.

- Tak, Rumun. - potwierdzili - Dopytaliśmy go. Skrzypce miał czeskie, smyczek włoski, futerał rosyjski. Coś jeszcze Pana interesuje?

 

- Nie, dziękuję, mam dość... - odparłem

 

Przypomniało mi się, że kiedyś tłumaczyłem synowi:  

>PAMIĘTAJ, ŻE TO CO WIDZĄ NASZE OCZY I STAN FAKTYCZNY – TO SĄ DWIE CAŁKIEM RÓŻNE SPRAWY <  

 

 

Jacek Bukowski 

Drukuj | Powrót do listy


stat4u

Odwiedziny: 3033

Copyright by SMARTNET