Gości online:   11

       

MIĘDZY GALERIĄ A ANTYKWARIATEM

 

     Kilka lat temu siedziałem w dużym sklepie obuwniczym przy Landstrasse Hauptstrasse, głównej ulicy III dzielnicy Wiednia i czekałem na żonę buszującą w głębi tego kamaszowego salonu. Przycupnąłem skromnie na jakiejś kanapce wbitej między regały i z nudów robiłem to, co robią wszyscy mężowie na świecie w czasie, gdy żony szaleją miedzy ciuchami, butami, kosmetykami. Oglądałem inne panie. Obserwowałem szczególnie pewną sprzedawczynię: młodą i seksowną (co się Austriaczkom nieczęsto zdarza, może to była Polka „na saksach?”). Ja dla tej panienki nie stanowiłem obiektu, na którym warto zawiesić wzrok, w ogóle nie zarejestrowała mojej obecności i śmiało, by nie powiedzieć bezczelnie, fałszowała... ceny! Miała w ręku dwa flamastry. Podchodziła do przypadkowo wybranej pary butów, zdejmowała tekturkę z ceną np. 79 Euro i wyżej, nad tą ceną pisała czarnym flamastrem 125 Euro, po czym czerwonym flamastrem przekreślała „125” grubą krechą i szła dalej spokojnie szukając innych niechodliwych kapci, które poddawała identycznej, oszukańczej „przecenie”. Po jej spacerze ceny w sklepie nie drgnęły nawet o cent, ale później każdy klient podchodząc do takiej pary butów mógł być zadowolony, że jego małżonka to osoba oszczędna, wybiera przecież dobre buty po 35 %-owej przecenie!
            Ta przygoda spowodowała, że zacząłem się zastanawiać nad tym, czym właściwie jest cena i nad tym, 

                              Jak powstaje cena antyków?

 

          Myli się każdy, kto myśli, że cena, to wyrażona w dowolnej walucie obiektywna wartość obiektu, którego dotyczy. Guzik prawda! Gdyby tak było, to w ogóle by nie było handlu! Jaki interes miałby sprzedający, gdyby dostawał za swoją własność tyle, ile ona jest rzeczywiście warta i ile on sam za nią kiedyś zapłacił? Taka sprzedaż sensu by miała tyle, ile go jest w przysłowiu „Zamienił stryjek siekierkę na kijek”. Po co miałbym sprzedawać cokolwiek, jeśli po transakcji mój stan posiadania nie zmieni się nawet o grosz? Sprzedając za cenę zakupu handlowiec PONOSI STRATY (!) bo czas i wysiłek włożony w trzy czynności (zakupu, składowania i sprzedaży) to też KOSZTY. Immanentną więc częścią każdej ceny jest zysk sprzedającego. Kupujący o tym wie, a jednak kupuje? Tak, kupuje, bo też ma w tym interes! Ten interes może być rożny: ma już kolejnego kupca chętnego na ten obiekt i chcącego zapłacić więcej, więc węszy własny zarobek, albo widział gdzie indziej obiekt taki sam, ale droższy, więc węszy okazję, albo spekuluje stawiając na zwyżkę cen w bliższej lub dalszej przyszłości (typowe dla handlu sztuką, gdzie - prawdę mówiąc - handluje się nazwiskami twórców).
               A propos spekulacji sztuką. Właśnie Polskie Radio podało wiadomość, że na aukcji w nowojorskim domu aukcyjnym Christie's sprzedano za równowartość 450 milionów złotych tryptyk Francisa Bacona z 1969 roku pod tytułem "Studium głowy Luciena Freuda". To portret przyjaciela artysty ze zdeformowaną twarzą. Cała aukcja trwała około 6 minut. Przed jej rozpoczęciem szacowano, że cena dzieła osiągnie 85 milionów dolarów. Ostatecznie przekroczyła 142 miliony dolarów i pobiła poprzedni rekord aukcyjnej transakcji dzieła sztuki. W maju 2013 r. roku "Krzyk" Edwarda Muncha sprzedano za 119,9 miliona dolarów.
Najwyższą cenę, jaką zapłacono jak dotąd za dzieło Bacona osiągnął jego obraz "Tryptyk", sprzedany w 2008 roku za 86 mln dolarów, a sam Francis Bacon (1909 - 1992) był angielskim samoukiem budzącym za życia zarówno zachwyty jak i kontrowersje. Premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher mawiała o nim "ten człowiek, który maluje te okropne obrazy", a w tym samym czasie znane muzea organizowały mu liczne wystawy. Pod koniec lat 90-tych na rynek sztuki trafiła grupa prac uznawanych wcześniej za zniszczone przez autora i obrazy te zaczęły natychmiast osiągać rekordowe ceny.
I co? Możemy powiedzieć, że ten obraz był tyle wart ile zapłacono? To nigdy nie będzie wiadomo. TAKĄ ZAPŁACONO CENĘ. To jest fakt, reszta jest grą rynkową.
             Warto by wiedzieć, co myślał artysta malując tryptyk. Czy myślał: „Dam go przyjacielowi w prezencie”, czy kombinował: „Sprzedam go za 1 000 000 dolarów?”. Bo, że nie dostał za niego ceny stanowiącej chociaż 10% ceny dzisiejszej, to jest pewne.
              W ogóle zmienia się ogląd omawianego problemu ceny, gdy zmienia się przedmiot transakcji lub jej skala.
              Gdy bogaty adorator obsypuje piękną kochankę biżuterią, a ona oddaje mu swe ciało i świadczy usługi seksualne, to słowo „cena” zazwyczaj nie pada, ale przecież jest ta cena jednak wyrażona z jednej strony karatami brylantów, z drugiej strony ilością, jakością i temperaturą „uczuć”.
              Gdy syndyk masy upadłościowej np. szczecińskiej stoczni żąda idiotycznie niskiej zapłaty za ogromny teren i hale produkcyjne, gdzie kiedyś tętniło życie a teraz hula wiatr - nie jest idiotą. On wie, że tylko straceńcy mogą to kupić i daje odpowiednio niską cenę, żeby w ogóle kogoś skusić. Ta cena jest niby oparta o jakiś szacunek, tzw. operat, ale tak naprawdę jest ona „umowna”. Obie strony transakcji umawiają się, że zrobią interes za określoną sumę, która z realną wartością przedmiotu transakcji nie ma nic wspólnego. Syndyk sprzedać musi, kupujący nic nie musi, ale ten interes robi, bo ma jakieś, związane z nim plany.
              A antykwariusze jak sobie radzą z ustalaniem cen?
              Współcześnie wygląda to różnie w różnych krajach. W Skandynawii np. antykwariusze i aukcjonerzy ustaloając ceny nie starają się ustalać ich na niskim, zachęcającym poziomie, bo znając zamożność swej klienteli wiedzą, że nie muszą tego robić. Wszystko sprzedadzą. Taki rynek. We Francji i Hiszpanii tak dobrze nie jest, może nawet jest odwrotnie...
A w Polsce? Mozolnie konstruujemy w antykwariatach ceny uwzględniając wiele istotnych czynników:
- cenę zakupu, lub cenę żądaną przez klientów dających obiekt w komis;
- koszty konserwacji, odświeżania, naprawy obiektów sfatygowanych (w przypadku mebli - renowacji poddaje się około 90 % obiektów, w przypadku malarstwa i rzemiosła artystycznego - ok. 20 %)
- koszty prowadzenia antykwariatu (pensje pracowników, biuro rachunkowe prowadzące księgowość, koszty dzierżawy nieruchomości, prąd, telefony i transport, ubezpieczenia, itp. itd.)
- haracz dla Państwa (czytaj: Urzędu Skarbowego), w postaci podatków dochodowego i VAT;
- obowiązujące parytety (np. przyjęte ogólnie w kraju 4 zł za gram srebra w wyrobie, czy 1 zł za gram kości słoniowej w wyrobie).
     A trzeba jeszcze pamiętać ile kosztuje podobny obiekt u konkurencji, baczyć, by ceny były akceptowalne i nie zapominać, że prawie każdy klient zaczyna rozmowę od sakramentalnego: „A ile to ma kosztować DLA MNIE?”
      No i nie można szukać w internecie definicji ceny, bo można zwariować trafiwszy na takie kawałki:
„Cena jest jednym z elementów kompozycji marketingowej.”
Albo: „Cena - cokolwiek, z czego dana osoba musi zrezygnować w zamian za jednostkę nabywanego dobra”. (Naprawdę ktoś skonstruował taką wariacką definicję!).
Myślę sobie, że kiedyś ustalanie cen antykwarycznych było prostsze. W całej Europie na przestrzeni ostatnich 100, lub nawet 200 lat, do połowy XX wieku za mistrzów handlu antykwarycznego i w ogóle handlu „z drugiej ręki” uważano Żydów. Mieli niesamowity dar przekonywania klientów, cierpliwość w oczekiwaniu na udane transakcje i umiejętność w konstruowaniu cen.
Mogę więc sobie wyobrazić taką rozmowę starego, żydowskiego antykwariusza z synem:

- Abramek!
- Tak, tate?
- Ja niedługo już będę żył. Czy ty wiesz już wszystko, i umiesz tyle, żeby przejąć mój interes?
- Tak, tate. Chyba już wiem wszystko.
- To powiedz mi – co to jest cena?
- Cena tate, to NAJWYŻSZA SUMA, jaką klient MOŻE zapłacić za nasz towar.
- Nie synu! Nie! Cena, to NAJNIŻSZA SUMA jaką klient MUSI zapłacić, żebyśmy synu nie splajtowali!

.


Jacek Bukowski
 

Drukuj | Powrót do listy


stat4u

Odwiedziny: 2112

Copyright by SMARTNET