Gości online:   10

       

 

MIĘDZY GALERIĄ A ANTYKWARIATEM

 

Pewna Czytelniczka moich felietonów (a zarazem klientka antykwariatu, dla potrzeb tego tekstu nazwijmy ją Panią S.) dwukrotnie przysłała mi maila z prośbą, bym objaśnił, jak się wycenia porcelanę. Odpowiedziałem: pomyślę...
No więc pomyślałem i już mam gotową odpowiedź: nie wiem!

                                          Jak się wycenia porcelanę?

 

Wszystkich, którzy myślą, że żartuję - uspokajam: nie, nie żartuję. Naprawdę nie wiem, jak się wycenia porcelanę, mimo, że zajmuję się tym od wielu lat. Ona, ta porcelana, jakoś tak tajemniczo wycenia się chyba sama, albo ma inklinację, dryg, talent, do samoistnego określania swej wartości w oczach i umyśle osób zainteresowanych.


     Tu przypomina się znana historia z Mozartem, największym geniuszem muzycznym w historii świata.
Gdy Mozart miał już 30 lat (a żył - przypomnę - tylko 35 lat) jakiś jego rówieśnik zwrócił się do niego z pytaniem:
- Mistrzu! Jak się pisze symfonie?
- Och - odparł Mozart - Pan jest jeszcze młodym człowiekiem, niech Pan na razie pisze piosenki!
- Jak to? - obruszył się rozmówca - Pan mi tak radzi? Pan, który pisał symfonie mając 12 lat?
- No tak, pisałem, ale ja nikogo nie pytałem, jak się to robi....

     Aż mnie korci, żeby Pani S. odpowiedzieć jak Mozart: Pani jest jeszcze młoda, niech Pani na razie porcelanę zbiera, poznaje, kolekcjonuje, smakuje, a znajomość cen sama kiedyś przyjdzie. Raptem któregoś dnia Pani stwierdzi, że właściwie umie Pani ocenić wartość każdej skorupki z zaskakującą dokładnością. Mimo tysięcy różnych sygnatur, które niekiedy prowadzą na manowce...

Według mojego stanu wiedzy, problem porcelany wygląda tak:     
porcelana ogólnie dzieli się na
a) porcelanę, której nie ma
b) porcelanę która jest.
A ciekawe jest to, że i a) i b) – mają swoje ceny!

 

Do punktu „a” zaliczamy np. polską porcelanę z manufaktur Korca, Baranówki, Tomaszowa Lubelskiego, francuskie wyroby z Vincennes, klejnociki z pierwszego okresu działalności fabryki w Meissen (z okresu dyrekcji Friedricha Böttgera). Tych porcelanowych wyrobów na polskim rynku antykwarycznym po prostu NIE MA, nie występują. Czego nie rozgryzł ząb czasu, czego nie zdruzgotały wojny - to dawno znalazło swe miejsce w najlepszych muzeach i najlepszych kolekcjach prywatnych. Pojedyncze sztuki tej porcelany pojawiają się wprawdzie sporadycznie na najdroższych światowych aukcjach, ale dużo zapewne czasu upłynie, zanim Pani S. na taki obiekt trafi i będzie miała „siłę nabywczą”, pozwalającą go kupić. Tym bardziej, że takie obiekty będą miały w katalogach aukcyjnych najczęściej wycenę: „LP” - co oznacza Liebhaberpreiss, czyli Cenę Amatorską (czytaj: „Nieograniczoną”).
      Do punktu „a” zaliczamy też KAŻDĄ uszkodzoną sztukę porcelany: pękniętą, stłuczoną, uszczerbioną, naprawianą itp. Ona jest, ale jakby jej nie było... I nie ma tu w ogóle znaczenia, z jakiej pochodzi wytwórni! Mój Dziadek zbierał również takie obiekty, naprawiane np. w XIX wieku grubymi żelaznymi klamrami, ale to było dawno, dawno temu. Wolał mieć w witrynie naprawianą filiżankę Meisssen z XVIII wieku, niż nic. Dziś rasowy kolekcjoner taką porcelanę uważa za nieobecną, nie włącza jej do zbioru. Takie stanowisko podnosi rangę i - uwaga - cenę obiektów nieskalanych, będących dostępnych na rynku i do kolekcji włączonych. Ich liczba jest oczywiście w handlu antykwarycznym coraz mniejsza, bo porcelana jest niezwykle krucha i wciąż ulega destrukcji. Polowanie na te rzadkie i nieuszkodzone sztuki jest istotą zbieractwa, a obiekty zepsute lub naprawiane (jeśli pojawiają się w ogóle na aukcjach) mają najczęściej określenie wartości „o.L” - Ohne Limit - czyli, po naszemu „ile kto da”.

Najczęściej, ale nie zawsze! Przekonała się o tym właśnie Pani S., która sprowokowała ten felieton. Kiedyś poprosiła mnie o wsparcie przy zakupie na internetowej aukcji w Niemczech przepięknej filiżaneczki do czekolady (z przykrywką). Filiżanka miała niemałą cenę wywoławczą, ale była naprawiana, o czym aukcjoner lojalnie w opisie wspomniał, ale czego kolekcjonerka w języku niemieckim nie doczytała! Oczywiście od zakupu odstąpiła, co było ze wszech miar słuszną decyzją.
Tyle odnośnie porcelany, „której nie ma”.

 

No to zajmijmy się porcelaną, która jest.
Tu jest właśnie - jeśli chodzi o wycenę - pies pogrzebany. Nie ma przecież na świecie cen jednolitych. Takich, które odnosiły by się do określonych obiektów pod każdą szerokością geograficzną i których moglibyśmy nauczyć się na pamięć. Np. gdy przyjmiemy, że w Polsce tzw. śniadaniówka Rosenthala (czyli filiżanka z podstawkiem i talerzykiem deserowym) kosztuje 120 zł, to wcale nie znaczy, że w Niemczech będzie kosztowała 28 Euro, a w Szwecji 240 koron. Potrafimy je znaleźć w Niemczech z ceną 40 Euro (ok. 170 zł) i w Szwecji z ceną 120 koron (60 zł).

Inne prawa rządzą rynkiem krajów bogatych, inne rynkiem krajów biednych. Inne obiekty są szukane i cenione we Francji (głównie własne, francuskie, Sevres, Vincennes, Paris) i Anglii (też głównie własne, angielskie, ale także, o dziwo, chińskie) a zupełnie inne w Polsce (głownie niemieckie, z całkowitym pominięciem polskiej porcelany Ćmielowa, Wałbrzycha, Chodzieży, która została przez naszych kolekcjonerów zupełnie zapomniana) lub w USA (gdzie w niezwykłej estymie jest porcelana czeska, szczególnie z okresu secesji, ale także angielska). Wyroby pomijane przez zbieraczy w jednym kraju, w drugim mogą mieć wysoką wartość. Jeśli dodamy do tego aktualne (i zmieniające się często!) mody - problem wyceny porcelany okaże się nie taki łatwy, jakby się początkowo wydawało.


        Każdy składnik ceny (i wyceny) obwarowany jest licznymi „tak,ale...”
        1) Na cenę porcelany wpływa przede wszystkim ranga i renoma wytwórni. To jest jasne. Ale... Gradacja rangi porcelany (a więc i jej cen) w Niemczech wygląda tak: na szczycie listy są wyroby z Meissen, potem przerwa, potem liczy się Królewski Berlin, Fürstenberg, Ludwigsburg, Frauenreuth, Höhst, potem długo nic i... reszta. O Rosenthalu w kręgach najbogatszych kolekcjonerów niemieckich w ogóle się nie wspomina. W Polsce taka top-lista porcelany, a właściwie zainteresowania nią, wygląda inaczej: na szczycie Rosenthal, potem przerwa, potem ewentualnie Meissen, porcelana rosyjska i ... Bawaria. Koniec, kropka. Nikt w antykwariacie od lat nie spytał o Fürstenberg, nikt nie wie nic o Höhst. Kuriozalne jest ciągłe pytanie o Bawarię. Piszę to słowo przez „w” a nie przez „v”, bo klienci używają polskiej nazwy krainy geograficznej mylnie sądząc, że jest to... marka porcelany. Łatwo to wytłumaczyć: w Bawarii są ogromne złoża glinki kaolinowej i duża ilość wytwórni, które przez dziesiątki lat swe wyroby (nawet słabe) sygnowały dodatkowym słowem „Bavaria”, lub „Bayern”, np. Hutschenreuther, Weidl, Thomas, a nawet Rosenthal (popularne znaki Selb-Bavaria używane do 1938 r)

2) Na cenę porcelany wpływa aktualna moda. To też niby oczywiste. Ale... Problem w tym, że nie ma możliwości przewidzenia nadchodzących zmian, a przecież trzeba - lub należałoby - za nimi nadążać. 25 lat temu sprzedawałem niezliczone ilości porcelany we wzorze „China blau”, obecnie ta porcelana leży schowana w szafie, bo szkoda na nią miejsca „na widoku”. Teraz sprzedaję prawie wyłącznie Rosenthala i to przede wszystkim Marię w 2 wzorach: całkiem białą (bo taka jest właśnie moda), lub w dekoracji „Sommerstrauss”, która wydaje się ponadczasowa. Nie przyjmę w komis ani jednej sztuki Marii w niebieskiej dekoracji przedstawiającej jeżyny, bo nie sprzedam jej przez 10 lat, a w Szwecji 99 % ofert sprzedaży porcelany Rosenthala dotyczy właśnie tego wzoru (Björnbär). Fantastyczne katalogi czaskiej porcelany i fajansu oraz niemieckich... kufli do piwa (zarówno porcelanowych jak i fajansowych) znaleźć można w USA, bo tam w latach 20-ych XX wieku te obiekty były masowo eksportowane i do dzisiaj tam właśnie są one wysoko cenione (a zatem i kupowane). W ogóle terytorialne mody bywają dziwne. Czy ktoś mi wytłumaczy, dlaczego najwięcej porcelany Meissen w moim antykwariacie kupili... Japończycy, a najwięcej porcelany rosyjskiej... Polacy?
        3) Na cenę porcelany wpływa rzadkość występowania obiektu. Czy jest ktoś, kto powie, że to nie jest jasne? To przecież, jak kiedyś powiedział Prezes Kaczyński „oczywista oczywistość”. No to dlaczego - pytam się - niektóre porcelanowe badziewia mają na rynku zwariowanie wysoką cenę? No to dlaczego - pytam się - kilka niebywale rzadkich obiektów porcelanowych nabyłem na aukcjach w Szwecji za idiotycznie niską cenę, a na oczach moich i mojej żony (też w Szwecji) na lokalnej aukcji o niepozorny talerz porcelanowy dekorowany w technice Imari pobiło się dwóch Japończyków dochodząc do ostatecznej ceny, która całą salę, właściciela talerza i aukcjonera wprawiła w osłupienie i zachwyt? Odpowiedź jest chyba tylko jedna: wyceniający nie znali realnej wartości sprzedawanej porcelany. A Japończycy ją znali.


       I tak dochodzimy do ostatecznych konkluzji: pożądanych obiektów porcelanowych szukamy na rynkach, na których nie są modne, wtedy kupimy je tanio; polujemy na sztuki wycenione słabo, wtedy kupimy okazyjnie; kupując gdziekolwiek i cokolwiek analizujemy żądaną cenę pamiętając, że na nią składają się:
- ranga wykonawcy (wytwórni);
- rzadkość lub powszechność występowania obiektu na rynku;
- panująca aktualnie na rynku porcelany moda;
- stan zachowania;
- znajomość tematu, fachowość, przygotowanie zawodowe sprzedającego.


No i jeszcze 3 ważne rady:

                                                                   
1) Kupujemy WSZYSTKIE katalogi wytwórni porcelany i ich sygnatur, jakie tylko wpadną nam w ręce i oko. I studiujemy, studiujemy, studiujemy...
2) Kupujemy WSZYSTKIE katalogi aukcji porcelany, nawet tych aukcji, które się już odbyły, by poznawać żądane ceny i  by znać ceny osiągnięte. I studiujemy, studiujemy, studiujemy...
3) NIGDY w wycenie własnych porcelanek nie sugerujemy się cenami na Allegro lub eBayu. Możemy tam kupować, szczególnie, gdy widzimy okazję, ale cenami tam żądanymi głowy sobie nie zaprzątajmy, bo one robią wodę z mózgu...


          W felietonie nr. 64 p.t. „Sprzedam psa za milion złotych” obiecałem kiedyś opowiedzieć o pewnym zdarzeniu związanym z Franciszkiem Starowieyskim. Akurat jest okazja, by do tego wrócić na zakończenie tych rozważań.


         Otóż w pierwszej połowie lat 90-ych XX wieku zmarł wybitny kolekcjoner w Stargardzie Szczecińskim. Rodzina wyprzedawała jego zbiory w moim „Salonie Hobby”. Między innymi łakociami przyniesiono starą, dużą, porcelanową, podłogową wazę chińską. Ani właściciele, ani ja, nie mieliśmy pojęcia ile ona może kosztować. Rada w radę ustaliliśmy cenę sprzedaży na 20 000 000 złotych. Mimo, iż w tamtych czasach to nie była suma zbyt duża, a waza była efektowna - chętnych długo nie było.
Kiedyś przybijałem jakiś gwóźdź do listwy pod sufitem, rozbujałem listwę i spadł z niej duży obraz. Prosto na wazę. Odpadła część tzw. „wylewki”, czyli zwieńczenia wazy. Zaprosiłem właścicieli do antykwariatu, wypłaciłem im należne z kwitu komisowego pieniądze i dałem wazę do naprawy najlepszemu w Szczecinie fachowcowi. Przykleił ślicznie odbity kawałek, a ja w 1998 r.wstawiłem wazę do mojego kolejnego antykwariatu „Antyki Bukowski” za 2000 zł, bo w tzw. „międzyczasie” była dewaluacja pieniędzy i z tych 20 milionów zrobiło się 2 tysiące. Teoretycznie wystawiłem więc klejoną wazę za takie same pieniądze, jakich wcześniej spodziewałem się za dobrą, nie stłuczoną. Pazerność? Nie. Rzecz w tym, że wzrosła moja wiedza w zakresie porcelany chińskiej, umiałem już nawet określić z jakiego okresu i jakiej dynastii waza pochodzi, tyle, ze nadal nie wiedziałem ile jest warta na rynku.
        No i nikt w mieście nie wiedział, bo waza stała sobie nadal nie niepokojona przez nikogo. Aż wszedł do antykwariatu przybyły do Szczecina na  wystawę swych obrazów Franciszek Starowieyski i od progu krzyknął: „Biorę to!”, a jego palec wskazywał ową wazę.
- Ale jest klejona - lojalnie uprzedziłem.
- Nie szkodzi, biorę. - upierał się artysta.
- A jak z pieniążkami? Jak zwykle? - spytałem, bo wiedziałem z poprzednich naszych transakcji, że Pan Franciszek przeważnie groszem nie pachniał i wolał transakcje wymienne.
- Jak zwykle. Przyjdzie Pan na wernisaż i wybierze sobie ze 2 rysunki.


       Poszedłem, to było w salach Muzeum Narodowego w Szczecinie. Mistrz zaproponował 2 prace dowolnie wybrane ze ściany i kazał kuratorce wydać mi je po wystawie. Wybrałem dwa erotyczne rysunki w technice tusz/olej. Sprzedałem je później po 2900 sztuka, więc razem dostałem 5800 zł.
Pan Starowieyski nie lubił sprzedawać swoich trofeów kolekcjonerskich, ale jeśli już to robił, to żądał bezwzględnie tyle, ile one były warte. Nigdy się nie dowiedziałem, za ile sprzedał moją wazę, ale był takim znawcą tematu, że dokładnie wiedział, co kupuje u mnie i ile to jest warte, skoro opłaca się zapłacić dwoma rysunkami. Z całą pewnością dostał za to nie mniej niż 10 000 zł.


Teraz więc pytam Panią S.: jaka była rzeczywista wartość chińskiej wazy porcelanowej? Jaka była jej cena?


2000 zł? 5800? 10000 zł? Jeszcze więcej?


Ja nie wiem do dzisiaj. Dlatego napisałem taki, a nie inny wstęp do tego felietonu.

 


                                                                       Jacek Bukowski
 

Drukuj | Powrót do listy


stat4u

Odwiedziny: 63787

Copyright by SMARTNET