Gości online:   13

       

MIĘDZY GALERIĄ A ANTYKWARIATEM

 

 

 

Przed chwilą wstawiłem ten tekst na moją stronę i skontrolowałem kalendarz. W porządku: jest 1 marca 2014 roku. Właśnie dzisiaj powinien się ukazać. 1 marca 1989 r. otworzyłem swój antykwariat, wiec dziś mija od tej chwili równiuteńko 25 lat. Sympatyczny (dla mojej rodziny)

       

                     Jubileusz

 

 

Kiedy w r. 1999 ukazała się Encyklopedia Szczecina, była bardzo krytykowana za wiele przeinaczeń i przemilczeń. Ja zauważyłem ze zdziwieniem brak hasła „Antykwariaty”. Ani słowo nie padło o przedwojennym rynku antykwarycznym Szczecina (a przecież jakiś musiał istnieć, Stettin miał bogate mieszczaństwo), ani słowem nie wspomniano, czy coś w tej branży istniało w Szczecinie w pionierskich latach po wojnie, ani słowem się nie zająknięto o antykwariatach istniejących, których w 1999 roku, w momencie wydania encyklopedii,  było w naszym mieście 8 (w tym 3 moje!). Obecnie nowe, podobno 3-tomowe wydanie encyklopedii powstaje pod redakcją zasłużonego, długoletniego dyrektora Książnicy Szczecińskiej, p. Stanisława Krzywickiego. Pan Stanisław ma takie bibliotekarskie doświadczenie, że można wierzyć, iż fachowo dopilnuje uzupełnienia tego hasła w nowej encyklopedii. A żeby mu było łatwiej - oto garść informacji o moim udziale w szczecińskim rynku antykwarycznym.

 

* * *

 

1 marca 1989 o godz. 11 otworzyłem drzwi SALONU HOBBY - pierwszego prywatnego antykwariatu w Szczecinie. Dotąd istniała tylko państwowa DESA. Przygotowywałem się półtora roku szykując lokal (piwnice willi przy ul. Wojska Polskiego 162), skupując towar w wyniku wielokrotnie powtarzanych stosownych anonsów w prasie i uruchamiając agresywną reklamę ulotkowo - wycieraczkową (tzn. opłacając chłopców roznoszących ulotki po całym mieście i wsuwających je pod wycieraczki samochodów, więc chyba byłem w Szczecinie pionierem tej formy reklamy).

Musiałem też uzyskać w Ministerstwie Kultury i Sztuki koncesję na handel antykami. Takie było komunistyczne prawo, Okrągły Stół i nowe porządki miały dopiero nastąpić. Gdy wreszcie koncesję dostałem, okazało się, że ma ona nr. 2! Czyżbym był dopiero drugą osobą w Polsce, której taką koncesję wydano? Bardzo prawdopodobne...

Dzisiaj, gdy każdy może otworzyć w każdej chwili każdy interes bez pytania kogokolwiek o zgodę, nikt już nie zrozumie mojej ówczesnej radości!

30 minut przed otwarciem Salonu zauważyliśmy z żoną starszego pana, który przechadzał się po chodniku czekając pewnie na otwarcie antykwariatu. Wszedł potem wyraźnie zadowolony, że nikt go nie ubiegł.

Kupił rysunek Wiktora Zina i jakiś olej. Nazywał się Stanisław Skoczowski i stał się stałym klientem Salonu Hobby. A sam antykwariat może nie zasługiwał na miano „Salonu”, może  trochę przesadziłem z nazwą, ale z biegiem czasu stał się jednak salonem towarzyskim, w którym spotykali się kolekcjonerzy szczecińscy.

Przychodzili różnej maści maniacy polskiej szabli i dobrej grafiki, by w drzwiach minąć się z małymi chłopcami wynoszącymi upragnione filatelistyczne trofea. Bywali regularnie dwaj ministrowie, kilku znanych artystów, ze świata zgłosili się wielcy kolekcjonerzy: p. Tomasz Niewodniczański, największy polski i jeden z największych na świecie  kolekcjonerów kartografii; pewien właściciel ogromnego Muzeum Sztuki Współczesnej w Wiedniu; a kiedyś wpadł redaktor Jerzy Urban i kupił biedermeierowski stolik.  

Były tam bowiem różności: znaczki pocztowe, monety, biała broń, unikatowa biżuteria, malarstwo, modele, rzemiosło artystyczne. Później również porcelana i meble.

I zawsze były prace dwóch świetnych, a nieżyjących już artystów: Wiktora Zina i Szymona Kobylińskiego, z którymi nawiązałem osobistą znajomość i którzy stworzyli nawet specjalne prace dla mojej - jak pisał w listach Wiktor Zin - galerii. Największymi rarytasami, jakie przewinęły się przez Salon Hobby były listy książąt niemieckich i królów Polski (jeden, list Zygmunta III Wazy pisany w r. 1604 do Wojciecha Boboli, administratora ceł ruskich, kupiła nawet Książnica Szczecińska)

Ten pionierski antykwariat istniał do roku 2000, do chwili śmierci wiernego sprzedawcy, pana Pawła Wolskiego (patrz felieton „Pan Paweł”).

Zachęcony sukcesem w r. 1991 wynająłem ładny „okrąglaczek” na rogu ul. Felczaka i Odrowąża, gdzie założyłem filię Salonu Hobby, będącą prawdziwą galerią sztuki. Lokal wynająłem na 5 lat, a interes zamknąłem po... pięciu miesiącach. Sprzedała się tam chyba tylko 1 praca Wiktora Zina i jeden olej Hanny Rudzkiej Cybisowej. Tabuny urzędników (a częściej urzędniczek) Urzędu Miasta odwiedzało po pracy ten przybytek i tylko wzdychało:

„... ale śliczności... ale drogo... przyjdziemy kupować, gdy nam podniosą pensje...”

Pensji długo nie podnosili, galerię zamknąłem, a ta kombinacja „plany na 5 lat i zamknięcie po 5 miesiącach” niebawem powtórzyła się w odwrotnej konstelacji.

 

                             

* * * 

 

  

W połowie roku 1995 Dariusz Stępień, ówczesny Prezes Północnej Izby Gospodarczej złożył mi propozycję:

 - Przy ul. Wojska Polskiego, na zapleczu salonu jubilerskiego Wojciecha Kruka są liczne, całkiem puste pomieszczenia, niewykorzystane. Kilku przedsiębiorców chce wziąć wszystkie pomieszczenia na parterze, ty możesz dostać duże piwnice. Czynszu nie ma...

- Za darmo? A gdzie jest mina? - spytałem przytomnie.

- Ta kamienica za kilka miesięcy idzie do remontu i trzeba będzie się wynieść. Jeśli zdążysz otworzyć antykwariat do 1 września, to za darmo pourzędujesz 5 miesięcy w cudownym punkcie Szczecina. Chcesz?

 

Chciałem.  Zdążyłem dokładnie na 1 września. A oni - ci przedsiębiorcy - nie tylko nie zdążyli, ale wystraszyli się inwestycji, które miały się zbilansować w ciągu zaledwie 5 miesięcy i zrezygnowali. Wszyscy. Więc wziąłem całość wolnych pomieszczeń, górę i dół, powstał antykwariat o powierzchni 400 metrów kwadratowych! Czy ja się nie bałem? Bałem się, a jakże! Żeby dać radę i zminimalizować ewentualne niepowodzenie, złożyłem propozycję spółki Wojciechowi Sawaszkiewiczowi, który prowadził zakład renowacji mebli i - co najważniejsze - miał towar, którym mogliśmy wypełnić tak dużą przestrzeń. Tak narodziła się spółka i powstał Antykwariat Akant.

Miał istnieć 5 miesięcy, istniał... 5 lat! Dopiero wtedy znalazły się pieniądze na remont kamienicy, dopiero wtedy trzeba się było stamtąd wynieść. Tego biznesmeni z Izby Gospodarczej nie przewidzieli...

Lokalizacja tego antykwariatu była świetna, fatalna była natomiast kwestia parkingów dla klientów (właściwie w ogóle nie było gdzie stanąć) a tragiczna była kwestia bezpieczeństwa. Nie policzę ile było włamań, lub prób włamań do salonu jubilerskiego Kruka, z którym dzieliliśmy przecież wspólną przestrzeń. Na szczęście antyki nie interesowały złodziei.

W tym antykwariacie też zdarzyły się rarytasy: wspaniała tapiseria, która poszła do jakiegoś zamku we Francji i hit zupełny - akwarela amerykańskiego artysty o światowej randze Lyonela Feiningera. Oddałem ją na aukcję w Berlinie, gdzie osiągnęła cenę rekordową: 105 000 DEM - 300% ponad cenę szacunkową! Dotąd chyba w Polsce nikt nigdy nie zapłacił więcej za akwarelę!

W tej spółce też mieliśmy pomysł podobny do mojego pomysłu z ul. Felczaka, też nas „nosiło”. W Mierzynie otworzyliśmy filię Akantu obliczoną na handel z Niemcami. Właściwie była to taka antykwaryczna śmieciarnia. Ale sprzedawała! Padła, gdy złapałem sprzedawcę na kradzieży, ale to już całkiem inny temat.

1 stycznia 2000 r. drogi wspólników się rozeszły. Później Wojciech Sawaszkiewicz założył własny antykwariat „Antiksawa”. Dużo, dużo wcześniej, bo w 1998r. ukokosiłem się solo na Placu Grunwaldzkim z firmą „Antyki Bukowski”. Więc w 1999 r. (wracam do początku tego felietonu) byłem właścicielem „Salonu Hobby”, antykwariatu „Antyki Bukowski” i współwłaścicielem „Akantu”. Złote czasy.

Czesi chyba mówią: „Se to ne vrati Pane Hawranek!”

 

 

* * * 

 

17 sierpnia imieniny obchodzą Jackowie. Tego dnia w 1998 r. zrobiłem sobie wspaniały prezent. Otworzyłem nowy antykwariat „Antyki Bukowski” w samym sercu Szczecina, przy placu Grunwaldzkim. Wszystkie lepsze lokalizacje były już zajęte, więc wykupiłem piwnice po splajtowanym rzeźniku, dokupiłem dalsze i - chyba mogę tak powiedzieć - coś z tego wyszło... Działamy już pod tym adresem 16 rok (piszę to w r. 2014), mamy liczne grono wiernych klientów i stronę internetową, z której jestem najbardziej dumny, bo nie ma na niej żadnych reklam, niepotrzebnych linków, durnych „wyskakujących okienek”, i innego badziewia. Pracownicy zaufani, od ponad 10 lat z nami, żona zarządza całością jakby przeszła menadżerskie studia, poza upływającym czasem nic nam nie dolega. Co najwyżej trudności z wyłowieniem dobrego towaru z zalewającej nas masy słabych ofert. Ale jak się długo pracuje i jak się chętnie pracuje, zawsze coś na najwyższym poziomie można wyłuskać. Jak choćby dwa obrazy Józefa Chełmońskiego, które w tym antykwariacie sprzedałem. Jeden 10 lat temu, drugi niedawno. Oba - po ekspertyzie u największego w Polsce eksperta od Chełmońskiego - nabyli "anonimowi klienci".

 

1 marca 1989 roku, po otwarciu Salonu Hobby, (z udziałem prasy i telewizji) miał miejsce niezły bankiecik.

1 sierpnia 1998 r., na otwarciu działalności przy Placu Grunwaldzkim, było w antykwariacie przyjątko na 30 osób.

Dziś, w dniu jubileuszu 25- lecia firmy przyjątka nie będzie. Towar nas zalał. Jest go tyle, że nie ma gdzie kieliszków postawić...

Czy firma dociągnie do jubileuszu XXX-lecia?

Jeśli zdrowie pozwoli....

 

        Jacek Bukowski 

Drukuj | Powrót do listy


stat4u

Odwiedziny: 2122

Copyright by SMARTNET