Gości online:   14

       

MIĘDZY GALERIĄ A ANTYKWARIATEM

 

      Robienie corocznego remanentu towarów własnych w antykwariacie - a jest to wymagane bzdurnym prawem - to czynność wręcz upierdliwa. W czasach, gdy miałem w moim pierwszym antykwariacie około 200 000 znaczków pocztowych - to była czynność karkołomna. Remanent był dopustem bożym! Od tamtego czasu mam uczulenie na słowo „remanent”.
       Kiedy zacząłem wstawiać moje felietony na stronę internetową, kiedy je pisałem i redagowałem,  jednocześnie prowadziłem w specjalnym komputerowym kąciku spis tematów, które chciałem w tych felietonach poruszyć. Dziś, gdy dobijamy do setnego felietonu, który ma być ostatnim, zrobiłem to, czego nie lubię: zrobiłem remanent. Remanent niewykorzystanych tematów. Wybrałem dwa, które nie powinny pójść w zapomnienie. Spróbuję je zmieścić w jednym felietonie.

 

Król w gaciach a prezydent w krzakach

 

      W końcu lat 1980-ych, gdy maniacko kompletowałem zbiory filatelistyczne na potrzeby Salonu Hobby, jeździłem co kilkanaście dni autem ze Szczecina do Jarosławia. Bagatela - 1800 km w obie strony, 36 godzin bez snu! Wyjeżdżałem wieczorem ze Szczecina, jechałem całą noc, cały dzień kupowałem znaczki, następną noc wracałem. Było jednak warto!
W Jarosławiu mieszkał starszy pan o nazwisku Marian Król, który miał zbiory filatelistyczne f a n t a s t y c z n e! Miał właściwie wszystko: Polskę z próbami, Rosję z tzw. peryferiami, Niemcy, Anglię z błędodrukami, do tego Szwajcarię i Watykan na poziomie wręcz niewyobrażalnym! W żadnym polskim sklepie filatelistycznym takich skarbów nie było.

Sprzedawał je, owszem, ale tylko zaufanym osobom i tylko za... złote monety 10-cio i 20-to dolarowe, zwane potocznie "świnkami". Nazywał te monety po swojemu: „ogórkami”; słów „dolary” lub „złoto” nie wolno było w jego mieszkaniu używać. No, chyba, że szeptem, bo...bezpieka podsłuchuje przez ściany. Przywiezione złote „ogórki” dla sprawdzenia nadgryzał (tak się kiedyś złoto sprawdzało!) a potem te monety jakoś dziwnie w jego rękach znikały i przystępowaliśmy do wymiany. Papierowych dolarów nie chciał, kiedyś się bowiem dowiedział, że bywają fałszowane. Złotówek nie chciał, bo ich w ogóle nie potrzebował. Miał ponad 80 lat, jadał dziennie 1 bułkę i pił pół litra mleka (przynosiła mu to opiekunka społeczna). Ubrań też nie potrzebował, bo ostatnie kilka lat chodził ubrany w koszulę, marynarkę i...długie gacie. Być może jakieś spodnie posiadał, ale do dziś nie jestem tego pewien.
        Prawdopodobnie noszone przez pana Mariana gacie były wciąż te same, bo kiedy go poznałem były one ciemnobure, a na końcu naszej znajomości niczym już nie różniły się od ściany za łóżkiem, malowanej ostatni raz, gdy Jarosław był pod panowaniem c.k. monarchii austro-węgierskiej! W tę ścianę gospodarz wycierał brudne dłonie, na nią spluwał siarczyście i na nią – za przeproszeniem czytelników - smarkał... Nikt mi tego nie opowiadał, sam widziałem.
        W rogu pokoju stała szafa zamknięta na łańcuch i kłódkę. W niej były znaczki w albumach nie wietrzonych, zapakowanych w folię, ściśniętych gumkami. Pytany, dlaczego te znaczki są tak fatalnie traktowane , pan Król odpowiadał, że musi je chronić. Przed czym? Przed kradzieżą. Kto miałby je ukraść? Syn lub wnuczka - odpowiadał.
- To Pan ma jakąś rodzinę? - pytałem zdziwiony - Oni Pana odwiedzają?
- Tak - potwierdzał - raz byli w zeszłym roku...
Próbowałem jakoś do rozumu mu przemówić:
- Panie Marianie! Przecież Pan powinien te zbiory sprzedać na pniu, za otrzymane pieniądze powinien Pan jechać do Szwajcarii, do jakiegoś sanatorium. Młode pielęgniarki by wokół Pana tańczyły i żyłby Pan tak, jak się nazywa - jak król!
- Nie mogę - odpowiadał - muszę tego pilnować...
- No to na co Panu te ogórki? Kiedyś Pan zasłabnie, przyjadą łapiduchy z pogotowia i wszystkie złote ogórki Panu z łóżka wytrząsną, na co to Panu ?
- Nie wytrząsną - stanowczo oponował Pan Król -  A jeśli, to mnie już to nie będzie obchodziło....
      I miał rację. Z łóżka monet nikt nie mógł nigdy wytrząsnąć, bo mój syn, gdy raz wybrał się tam ze mną i usiadł z boku stołu, skąd miał inny niż ja ogląd pokoju - podpatrzył, że Pan Król po próbie nagryzienia każdej monety, upuszczał ją z wysokości blatu stołu prosto... w gacie, których gumkę kciukiem drugiej dłoni odciągał od brzucha!
Wtedy dopiero zauważyłem, że nogawki gaci pana Króla były u dołu związane troczkami i dziwnie grube...
Nic dziwnego, że tych gaci nigdy nie zdejmował!
Z takim skarbem wewnątrz?
      Kiedyś przyjechałem do Jarosławia, a nikt mi drzwi nie otworzył.
      Spotkany na schodach starszy pan z wąsem powiedział, że Pan Marian jest już w tym lepszym świecie. Pytany, czy z mieszkania wyprowadzała go jakaś rodzina, odparł:
- Jaka rodzina? Wynieśli go sanitariusze z Pogotowia. Leżał na noszach goły, jakiś taki maleńki pod prześcieradłem, żal było patrzeć..
Goły? – pomyślałem – A gacie? A ogórki?
Chciałem spytać, czy ci sanitariusze jeszcze pracują w Pogotowiu, czy może mają wille na Bermudach, ale odpuściłem... Skąd starszy pan z wąsem miał to wiedzieć?

***


            W czasach, gdy Lech Wałęsa był Prezydentem (i jeszcze kilka lat później) słynne były Jego coroczne imieniny organizowane wśród kwiatów i krzewów ogrodu przy willi na ul. Polanki w Gdańsku. Cała prasa - a szczególnie plotkarska, bulwarowa - emocjonowała się listą gości. Bardzo ważne było to, kto był zaproszony i przybył, ale jeszcze ważniejsze to, kogo nie zaproszono, kto wypadł z łask słynnego solenizanta.
      Ze Szczecina jeździł niezmiennie stały i dobry klient moich antykwariatów. Pan M. (z piękną kartą opozycyjną w życiorysie) był kilka lat ministrem w czasach prezydentury Lecha Wałęsy. Jako człowiek bardzo dobrze wykształcony, wychowany i grzeczny - starał się być miłym dla zapraszającego na imieniny i zawsze, co roku, kupował jakiś imieninowy prezent. A przecież kolekcjoner, jakim był Pan M. nie kupuje prezentu w galerii handlowej, tylko w antykwariacie. Nawet jeśli Pan M. długo do nas nie wpadał, to wiedzieliśmy, że przed imieninami Wałęsy wpadnie z całą pewnością. No i wpadał. Wybierał prezent starannie, z namysłem, jak przystało na znawcę zarażonego „bakcylem kolekcjonerskim”, nic nie było przypadkowe, wybór poprzedzały dokładne oględziny, narady z personelem antykwariatu, i wreszcie zapadała decyzja: to proszę zapakować! Pakowaliśmy ozdobnie - już to jakąś dobrą porcelanę, już to jakąś akwarelę, już to jakiś stylowy drobiazg z dawnych czasów.
      Potem Pan M. zadowolony opuszczał antykwariat i jechał na imieniny Lecha Wałęsy.
      Potem wracał do Szczecina.
      Potem, po jakimś czasie, znów do nas wpadał.
      I wtedy N I E Z M I E N N I E, przez wiele lat, miał miejsce taki dialog:

- Witamy! Witamy! Jak się Wałęsie podobał prezent?
          - Aaaa tam! Był taki ładny, że zostawiłem go sobie! Wałęsie kupiłem dobry koniak i album!

 

Panie Lechu! W imieniu mojej żony, mojego jamnika, który się w tamtych latach pętał po antykwariacie i oczywiście we własnym imieniu, bardzo Panu dziękuję za te wszystkie huczne garden party w krzakach (jak je nazywali... niezapraszani). Wprawdzie na nich nigdy nie byliśmy, wprawdzie nie dojechały tam liczne – kupione u nas - prezenty, ale Pańskie imieninowe szaleństwa wydatnie podniosły obroty  antykwariatu Antyki Bukowski. I zostało to  w naszej wdzięcznej pamięci!

 

O czym informuje Pana

Jacek Bukowski
 

Drukuj | Powrót do listy


stat4u

Odwiedziny: 1510

Copyright by SMARTNET