Gości online:   11

       

 

MIĘDZY GALERIĄ A ANTYKWARIATEM

 

               Raz w roku Polska dostaje fioła. Jak kraj długi i szeroki bawimy się w Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy i przy okazji zbieramy wielkie pieniądze na niezwykle szlachetne cele. Sposoby zbierania funduszy na cele Orkiestry - były i są różne: kwesty uliczne, darowizny czekiem, gromadzenie znacznych kwot poprzez sumowanie groszowych wpłat od dziesiątków tysięcy ludzi, wysyłanie przez tysiące użytkowników telefonów komórkowych setek tysięcy SMS-ów, co natychmiast przekłada się na miliony złotych, itd. itp. A ogromny udział w końcowym wyniku całej zabawy i zbiórki mają co roku aukcje.


                                         Niezwykła kariera aukcji



               Funkcjonujący w językach europejskich wyraz „aukcja” pochodzi od łacińskiego „auctio”. Pierwotnie znaczył „powiększenie”, a obecnie odczytywany jest jako „licytacja” - w domyśle właśnie powiększenie ceny początkowej przez tzw. „postąpienie” w licytacji. Jeden z naszych słowników wyrazów obcych inteligentnie zaznacza, że aukcja to publiczny przetarg „towarów niestandardowych”. Od paru wieków trwające już aukcje końskie w Skaryszewie, tyleż czasu istniejące aukcje diamentów w Amsterdamie i aukcje futer na Syberii i Alasce - zdają się pasować do tej tezy. Aukcje czasów kolonialnych: licytacje niewolników w Alabamie, kłów słoniowych w portach Wybrzeża Kości Słoniowej czy herbaty i korzeni w Madrasie, znakomicie ten sąd potwierdzają. Tak, to były "towary niestandardowe". Tyle tylko, że słownik o którym wspomniałem (Władysława Kopalińskiego, wyd. Wiedza Powszechna) wydany został w roku 1975. Czas, który upłynął od tej daty wystarczył, by aukcje objęły również nowe dziedziny obiektów, nieraz zupełnie dziwnych i oryginalnych, by stały się bardzo w całym świecie popularne.
             W Polsce Ludowej słowo „aukcja” było niezwykle egzotyczne, pachniało ekonomiczną swobodą, nieskrępowanym wydawaniem pieniędzy, wolnością - no zgroza po prostu! Więc zgody na organizowanie aukcji w tych czasach było wydanych kilka. Na aukcje książek i grafik pozwolenie miały: Kraków, Bydgoszcz, Warszawa, później Łódź, za każdym razem organizatorami były Szacowne Biblioteki lub Poważne Instytuty. Koniec, kropka.
A dziś? Od wyboru głowa boli...
              Mamy niezliczoną ilość aukcji rozsianych po całej Polsce. Antykwaryczne nadal grupują się w uznanych ośrodkach: Warszawie, Krakowie, Toruniu, Bydgoszczy. Ale doszły nowe w Gdańsku, Łodzi, Poznaniu, Kielcach.
              Aukcji towarowych (np. płodów rolnych) albo dobroczynnych już nie sposób zliczyć ... Zwłaszcza tych ostatnich. Wzbogaceniu uległy też formy licytacji. Kiedyś trzeba było być osobiście na aukcji i wykrzykiwać swe cenowe propozycje lub trzymać w powietrzu rękę dłużej niż inni uczestnicy. Jeszcze później można było przysłać pocztą swą najwyższą ofertę i czekać na wynik. A teraz? Ho, ho! Przysyłają do domu katalogi, organizują objazdowe wystawy obiektów przyszłej aukcji, a w jej trakcie gdy nadchodzi moment licytacji interesującego nas obiektu aukcjoner telefonuje do nas „na komórkę” i łaskawie podnosimy naszą ofertę leżąc np. na plaży w Grecji...
              Albo klikamy sobie przez Internet biorąc udział w aukcji „na żywo”!


              Możemy sobie zamówić w domach aukcyjnych abonament katalogów, możemy śledzić w sieci tzw. „sprzedaż poaukcyjną”, gdy oferowane są obiekty, które na samej aukcji nie znalazły nabywców, możemy w Internecie znaleźć też tysiące katalogów aukcji, które odbyły się dawno, a to nie jest bez znaczenia, gdy chce się np. porównywać ceny w różnych krajach, lub ich zmiany w różnych latach. Kiedy dwadzieścia lat temu wchodził do mojego antykwariatu klient z obrazem i pytał ile on (obraz, nie klient) jest wart, pierwsze co robiłem, to było zafrasowane drapanie się w głowę. Nawet jeśli obraz wyszedł spod znanego pędzla, to kwestia ceny nie jest jednoznacznie oczywista. Zależy od wielkości dzieła, techniki, w której został stworzony, okresu powstania, stanu zachowania, oraz - przede wszystkim - od chimerycznych fluktuacji rynku sztuki. Jak ja te fluktuacje miałem na poczekaniu wobec niecierpliwego klienta nie tylko znać, ale też uzasadnić? A dziś mówię: chwileczkę proszę poczekać. Klikam na komputerze ikonkę Artprice, francuskiej płatnej witryny, gdzie jestem abonamentowiczem, loguję się, wpisuję nazwisko poszukiwanego artysty i... gotowe. Wyskakują wszystkie aukcyjne wyniki transakcji pracami tego artysty w ciągu ostatnich 15 lat, we wszystkich krajach Europy i nawet w USA! Z podaniem techniki, rozmiaru, sygnatury, ceny spodziewanej i osiągniętej. Lub nie osiągnietej, bo obiekt się w ogóle nie sprzedał. No i po minucie możemy z klientem bez sporów wspólnie wycenić jego obraz w oparciu o wyniki aukcyjne. Luksus absolutny.

             Rozbuchanie aukcyjnej formy sprzedaży w świecie doprowadziło do tego, że w końcu XX wieku Nagrodę Nobla dostał amerykański ekonomista W. Vickrey za ... nowy regulamin aukcji! Nie bujam!
             Opracował on zasady przeprowadzania aukcji nazwanej później jego nazwiskiem. Aukcja taka jest trochę dziwna. Zainteresowani klienci składają propozycje w zalakowanych kopertach. W określonym ściśle czasie otwierane są komisyjnie oferty i zwycięzcą zostaje ten klient, który złożył najwyższą ofertę. I tu czeka niespodzianka: zwycięzca nie płaci tyle, ile zaproponował! Płaci cenę niższą, zgłoszoną przez następnego z kolei uczestnika aukcji, tego, który licytację przegrał, bo znalazł się na drugim miejscu. Dziwny ten „system Vicreya”, ale na Nagrodę Nobla wystarczył.

              Po tym, jak widziałem licytowane na rzecz Wielkiej Orkiestry: lokomotywę, ulicę, jednodniowe zasiadanie w fotelu Prezydenta Miasta i wiele innych dziwów - zgłoszę chyba kandydaturę Jerzego Owsiaka do Nagrody Nobla „ Za wkład w rozwój ludzkiej wyobraźni”.




                                                               Jacek Bukowski

Drukuj | Powrót do listy


stat4u

Odwiedziny: 1750

Copyright by SMARTNET