Gości online:   10

       

 

MIĘDZY GALERIĄ A ANTYKWARIATEM 

 

           Chcę się w tym felietonie zająć - bagatela - potęgą twórczą ludzkiego umysłu.

           Ostatni raz zajmowałem się tym jakieś pięćdziesiąt lat temu. Jako młody człowiek wypichciłem w Domu

           Kultury spektakl poetycki, którego mottem był czterowiersz (bodaj Antoniego Marianowicza):

                                          „Tak, z wątpliwości nieustannie
                                            rodzą się myśli dzieje...
                                            Czy pamiętacie dziecka pytanie:
                                            co robi wiatr, gdy nie wieje?”

         

           No właśnie, zastanówmy się:

                                        Co robi wiatr, gdy nie wieje?

 
           Hmmm... To genialne pytanie przypomina inne, postawione przez Stasia Pytalskiego w wierszu Jana Brzechwy: „W którym miejscu zaczyna się kula?”
           Ograniczony nabytą wiedzą dorosły zaczyna coś bąkać o tym, że kula z samej istoty swej formy nie ma początku i końca, że wiatru - gdy nie wieje - nie ma, że pytania są źle postawione i takie tam faramuszki. A niczym nieskrępowany umysł dziecka pracuje twórczo nad rozwiązaniem tych zadań: może kula zaczyna się w samym swym środku, może w dowolnym miejscu powierzchni, które dotkniemy palcem, może wiatr, gdy nie wieje odpoczywa, albo „namawia się” z deszczem gdzie teraz nachuliganić...?
          Czy trzeba przypominać, że wszelki  rozwój kultury i cywilizacji bierze się  z rozwiewania takich i podobnych wątpliwości?

 

          Gdzieś około 1872 roku wątpliwości miał francuski malarz Claude Monet. Zadał sobie mianowicie pytanie: co ja właściwie maluję gdy maluję pejzaż? Maluję to co istnieje, czy to co widzę? Przyniosę sztalugi nad rzekę 6 razy w roku - i co? Sześć razy namaluję identyczny obraz? NIE! Przecież raz rzeka będzie widoczna niewyraźnie, bo będzie we mgle, kiedy indziej jej woda iskrzyć się będzie w słońcu a jeszcze kiedy indziej będzie brzydko szara, zapadana jesiennym deszczem. Zaczął więc wraz z kolegami studiować głębiej zawiłe relacje między światłem a kolorem i malować nie „obiektywny widok obiektu” lecz swe osobiste wrażenia, impresje. Takie były początki impresjonizmu (dziś najdroższego chyba malarstwa na świecie) i dalszych nowatorskich prądów w sztuce plastycznej XIX i XX wieku.

          100 lat później, na wiosnę 1980 roku otrzymałem niezwykłą propozycję poprowadzenia w charakterze konferansjera jedynej trasy koncertowej, jaką odbyła w Polsce wielka ówcześnie (i do dziś!) gwiazda rosyjskiej piosenki Ałła Pugaczowa. Zaczęliśmy w Warszawie, w Sali Kongresowej, potem był Lublin, Rzeszów, Kraków, Wrocław, Zielona Góra, Poznań, Szczecin. Najlepsze sale, tłumy publiczności, a na scenie w recitalu (nie licząc orkiestry i konferansjera) - tylko ONA. Gwiazda. Mogło by się wydawać, że po nerwach premiery reszta była rutyną. Nic bardziej mylnego!
          Ta Wielka Artystka, która piosenką o umieraniu w samotności powodowała w sali doprawdy ciszę śmiertelną, a potem szloch wzruszonych słuchaczy, która piosenką o żydowskim muzykancie powodowała, że wszyscy widzieli na scenie tańczącego żywiołowego żydowskiego muzykanta, a nie „kawał kobity” jakim Ałła była; otóż - powtarzam - ta artystka wciąż miała wątpliwości: czy dobre te ozdobniki, czy tu pauza nie za długa a gdzie indziej za krótka, czy nie trzeba zmienić kolejności piosenek, by lepiej budować konstrukcję recitalu i więź z publicznością? I zmieniała, skracała, wydłużała, szukała. Jednym słowem - tworzyła wciąż od nowa. Doskonaliła to, co było doskonałe. Bo miała wątpliwości…

          Wszystko co powyżej - przypomniałem sobie wczoraj. Byłem bowiem świadkiem rzeczy niezwykłej.
Znajoma znająca język szwedzki, w mojej obecności tłumaczyła list, jaki nadesłał do znanego szczecińskiego malarza pewien Szwed, który poznał przelotnie naszego mistrza latem. Z listu tego wynikało, że nadawca był dłużej w  K., gdzie przez dwa miesiące napisał książkę, a w trzecim miesiącu ją sprzedał (cytuję autentyczny fragment listu) „...z relatywnym sukcesem, bo Szwedzi w tych okolicach mają zły zwyczaj pożyczania sobie książek i nakłady są małe...” No tak, żaden interes, można bowiem wydrukować tylko jeden egzemplarz a przeczyta go cała kraina, skoro książkę wszyscy w koło sobie będą pożyczać. Z punktu widzenia autora - granda i świństwo! Powinni kupować, a nie pożyczać sobie jak jacy oszczędni Szkoci! 
         Twórczy Szwed się jednak nie załamał: nie poszło w literaturze, może pójdzie w sztukach pięknych? Załatwił sobie w wielkiej sali w tejże miejscowości K. wystawę wielkoformatowych obrazów malowanych szpachlą. Swoich oczywiście obrazów. Wystawa ma się odbyć w marcu i obejmie dwadzieścia prac. Rzecz tylko w tym, że ten utalentowany człowiek jeszcze w życiu niczego nie namalował! Nigdy! Pisze wszakże, że machnie te dwadzieścia obrazów w... miesiąc, bo pamięta, że mu szczeciński kolega tłumaczył, iż „... wielkie dzieła maluje się szybko…”

         Że  polski twórca mówił o dziełach „wielkich” w sensie „natchnionych”, a nie o wielkoformatowych,  Szwed nie zauważył.

         Że pojęcia nie ma o malowaniu? Hmm, w niczym mu to nie przeszkadza. 

         Może wypadałoby najpierw coś namalować a potem zobaczyć, czy warte to wystawy? Cóż - na to też nie wpadł.

         Żadnych wątpliwości... Całkowita pewność siebie i wiara w sukces: przecież nikt nie będzie sobie pożyczał nawzajem jego „dzieł wielkoformatowych”!
         

          To jest ten wiatr, który jeszcze nie zawiał, ale już wie, że będzie wichurą, huraganem, tajfunem.

          Może by było jednak lepiej, żeby ten wiatr w ogóle nie zawiał?

                                                                                            Jacek Bukowski

Drukuj | Powrót do listy


stat4u

Odwiedziny: 1881

Copyright by SMARTNET