Gości online:   13

       

 

MIĘDZY GALERIĄ A ANTYKWARIATEM

 

Że filatelistyka uczy i bawi - wiadomo było od mniej więcej 160 lat, bo tyle lat liczy jej historia. Że pozwala wywalić niezłe pieniądze w błoto, lub niezłe zarobić, też  wiadomo od dawna. Ale, że  historie niektórych filatelistycznych odkryć uczą myślenia i przezorności w każdej innej dziedzinie, o tym niestety nie wszyscy wiedzą…

 

Znalazłeś? Pomyśl!

 

Oto dwa przykłady braku zastanowienia:

W 1885 roku pewien chłopiec w Szwecji znalazł wśród listów babci dziwny znaczek: wydany trzydzieści lat wcześniej w pierwszej serii szwedzkich znaczków, walor o wartości 3 skillingów. Dziwny dlatego, że powinien być zielony, a był ... pomarańczowy.  Chłopiec nie przeoczył tej niezwykłości i w przypływie odwagi zażądał od pewnego kupca w Sztokholmie aż 10 koron za swoje znalezisko. Po krótkich targach wziął ostatecznie 7 koron i historia milczy co za to kupił. Może aż trzy porcje lodów?

Kupiec wiedząc, że ma w ręku nieznany rarytas nabyty za bezczelnie niską cenę, przyczaił się nieco ze strachu przed konsekwencjami.

Bał się, że gdy ujawni światu ten nieznany znaczek i zrobi się wokół znaleziska szum - rodzina chłopca wytoczy mu sprawę o oszustwo. Zdecydował się wreszcie spieniężyć swój skarb po 8 latach. Był już rok 1893 i filatelistyka była w pełnym rozkwicie. Kupiec dostał wtedy za znaczek zawrotną sumę 4 000 guldenów w złocie! Był pewien, że zrobił interes życia (ponad 570-krotne przebicie) i nawet mu przez myśl nie przeszło, że dołączył do wspomnianego chłopca i wraz z nim zasiadł na oślej ławce. Obaj bowiem wypuścili z rąk najrzadszy znaczek europejski znany do dziś tylko w jednym (tamtym właśnie) egzemplarzu!

Dalej historia tego znaczka potoczyła się tak, że można o tym napisać powieść z cyklu „Z życia wyższych sfer finansowych”. Dość  powiedzieć, że znaczek zmieniał właścicieli jak Hanka Bielicka kapelusze, że był jakiś czas nawet własnością króla Rumunii Karola, że wielokrotnie trafiał na najlepsze aukcje świata i wciąż rósł w cenie. Momentem przełomowym była aukcja w Hamburgu w roku 1978, kiedy wystawiony za pancerną szybą miał cenę wywoławczą 700 000 marek a sprzedany został za milion. Stanowiło to wówczas 540 000 dolarów!
          Gdy ktoś wydaje taką sumę za skrawek papieru o powierzchni 2 cm kwadratowych, to chce wiedzieć, czy nie kupuje jakiejś lipy. Nie muszę więc chyba Czytelników  przekonywać o tym, że znaczek badano na wszystkie możliwe sposoby, przy wykorzystaniu wszystkich dostępnych technicznych środków, że przy okazji napisano setki mądrych rozpraw i parę prac doktorskich. Efekt tych zabiegów był zawsze identyczny: wszyscy stwierdzali, że znaczek jest prawdziwy i wszyscy stwierdzali, że ... nie wiedzą jak powstał! Przecież nikt nigdzie na świecie nie drukował znaczka w jednym egzemplarzu! Wykombinowano, że - być może - gdy drukowano arkusze pomarańczowej 8-skillingówki, zecerowi w drukarni rozsypał się gotowy skład arkusza i nieuważnie pozbierał matryce z podłogi. W jedno miejsce zecerskiej skrzynki włożył niechcący matrycę znaczka z nominałem „3” zamiast „8”, puścił  maszynę, a w czasie, gdy ta drukowała - zobaczył na podłodze zagubioną matrycę z ceną „8 skilling”. Zatrzymał maszynę, wymienił omyłkową matrycę "3" na "8", wznowił druk, ale głuptas zostawił w spokoju wydrukowany już arkusz zawierający jeden znaczek z wartością "3" w kolorze pomarańczowym. Dlaczego głuptas? No bo do dziś siedzi na oślej ławce z anonimowym chłopcem i kupcem ze Sztokholmu. Mógł być bogaty, ale nie pomyślał o tym, żeby znaczek sobie zostawić "na pamiątkę".

A znaczek?

Ma się dobrze. Kosztuje coś około miliona dolarów i trudno powiedzieć, kto jest obecnie jego właścicielem.

                                                                               * * *

W roku 1957 urzędniczka poczty Katowice 1 stemplowała arkusz znaczków olimpijskich z wizerunkiem walczących bokserów (Olimpiada w Melbourne, 1956 r.). Znaczki te miały być sprzedane filatelistom jako „abonament stemplowany”. W pewnej chwili przerwała pracę, bo zauważyła, że coś się nie zgadza... Jeden jedyny arkusz wśród tysięcy był inny, dziwny.

„Znaczki są zepsute” - stwierdziła i pobiegła do kierownika, który ze zdumieniem obejrzał arkusz z  bokserami wydrukowanymi... do góry nogami! Przekazał więc arkusz dyrektorowi Państwowego Przedsiębiorstwa Filatelistycznego, które zajmowało się obsługą filatelistów, a ten o sprawie zapomniał. Po paru miesiącach przetrzymywania arkusza w szafie przekazał go radzie zakładowej organizującej loterię na imprezie noworocznej! Za taką decyzję powinna grozić już nie ośla ławka, ale dymisja z zakazem zbliżania się do walorów filatelistycznych na odległość mniejszą niż kilometr! Jegomoście z rady zakładowej porozrywali bowiem unikalny arkusz na sztuki pojedyncze i jedną „czwórkę”, które to walory pracownice PPF wylosowały jako fanty w loterii. Na szczęście pozostawiono nie rozerwaną płachtę 20 znaczków, które ostatecznie trafiły do Muzeum Poczty i Telekomunikacji we Wrocławiu.
        Dzisiaj są to najdroższe znaczki powojennej Polski. Pojedynczy znaczek  już w 1985 r. wart był pół Fiata 125, w r. 1999 pokazał się na aukcji w Nowym Jorku z ceną 15 000 dolarów, a los i cena „czworobloku Zdanowicza” (nazwanego tak na cześć mądrego filatelisty, który go odkupił od pracownic PPF) nie są znane. W połowie lat 90-tych ta czwórka pojawiła się na Zachodzie na jakiejś aukcji, ale zanim ktoś w Polsce zareagował - śladu po niej nie było.

 Gdy więc gdziekolwiek znajdziesz coś „dziwnego” (w starych papierach, znaczkach, ale też obrazach, meblach itd.)  - chwilę pomyśl!
        Może właśnie masz szansę zrobić duże pieniądze?
        A może trzeba będzie… siąść na oślej ławce?

                             

Jacek Bukowski

Drukuj | Powrót do listy


stat4u

Odwiedziny: 2901

Copyright by SMARTNET