Gości online:   11

       

 

MIĘDZY GALERIĄ A ANTYKWARIATEM 

       

      Do Wiednia przyjechaliśmy z żoną - jak zawsze - w sobotę wieczorem. Plany były takie: w niedzielę pchli targ, wieczorem rodzinne karcięta, od poniedziałku buszowanie po antykwariatach. Niedziela przeszła według planów, ale wieczorem, gdy właśnie wykładałem na stół canastę w pikach, za oknem rozległ się huk. W całkowicie pustym i uśpionym, zamkniętym dla obcych i samochodów naddunajskim osiedlu uroczych domków, zabrzmiało to jak wystrzał z rewolweru, a było tylko trzaskiem zamykanych raptownie drzwi przybyłego auta.
 - Powódź! - krzyknęła córka i rzuciła się do ogrodu. Za nią reszta domowników.
Z ich doświadczeń wynikało, że o tej porze samochód na osiedlu znaczy tylko jedno: sąsiedzi przyjechali z miasta ratować swe letnie domki przed ogłoszoną w radiu powodzią...

 

                                                               Powódź w Wiedniu ?

 

       Rzeczywiście! Dunaj wymaszerował z koryta i liszajami wartkiej, wszędobylskiej wody opanowywał ogród, piwnice, potem uliczkę i wreszcie resztę trochę bajkowego osiedla.
Rano wody było powyżej metra, jamnik Sznurek na spacer został wyniesiony afrykańskim sposobem: w koszyku na głowie właściciela. Gdy powódź bywa większa (a jest każdego roku i dlatego wszystkie domki osiedla stoją na palach) jamnik z panem płynie dostojnie pontonem ponad dwumetrowym ogrodzeniem posesji.
       No i wycieczki do antykwariatów - nomen omen - odpłynęły...
Cóż było robić, sięgnąłem do książki telefonicznej „Gelbe Seite - Wien”  (wydanie 2001/2002) wydawanej przez bardzo znaną firmę Herold. Zacząłem problem antykwariatów Wiednia roztrząsać od strony statystycznej. 
       Szczecin ma (zaokrąglając) 400 000 mieszkańców. Wiedeń ma ich (zaokrąglając) 2 000 000. Szczecin ma osiem antykwariatów. A Wiedeń? Zachowując proporcje powinien posiadać ich czterdzieści. A ma - ponad dwieście! Są wśród nich między innymi: słynny w całej Europie Dom Aukcyjny Dorotheum, bardzo znany Salon Antykwaryczny naszego rodaka Czesława Bednarczyka, gdzie kiedyś zoczyłem Wojciecha Fibaka, antykwariaty tak specjalistyczne jak „Sztuka Afryki”, „Meble Wiedeńskie 1800 – 1950”, „Antyki Anglii”, „Eksport antyków do Ameryki”(!) czy „Asiatica”, gdzie już 10 lat wcześniej kupowałem przepiękne perfumiarki do mojego zbioru.
       Tu  potrzebna jest mała dygresja na tematy językowe.
       Otóż język niemiecki jest w interesującej nas materii bardziej elastyczny niż polski i odróżnia kilka nazw sklepów: Antiquariat (handlujący starymi książkami i drukami), Antiquitäten (handlujący antykami, obiektami starej sztuki, przedmiotami zabytkowymi) oraz Altwaren (handlujący starzyzną). My używamy właściwie tylko jednej nazwy „antykwariat” i wcale nie jest to dobre. W okolicach początku nowego roku szkolnego dziesiątki osób dziennie dzwoni do mnie z pytaniem o np. geografię dla klasy czwartej lub inne podręczniki. Spotkałem też osoby, które mówiły, że latami mijały w drodze do pracy mój antykwariat - ale nigdy nie weszły do środka, bo starych książek nie lubią, a słowo antykwariat kojarzyło im się wyłącznie z książką.  Skoro już o tym mowa, to mamy w Szczecinie parę antykwariatów książkowych. W książce wiedeńskiej znalazłem ich 64! Niektóre bardzo specjalistyczne: tylko fotografia, tylko grafika, mapy i inne druki artystyczne, tylko beletrystyka, tylko komiksy itd.
    Odpowiednika słowa Altwaren nie używamy w ogóle. To znaczy - używamy w odniesieniu do towaru, ale jakoś nikt nie chce nazwać swego punktu handlowego: „Starocie”. Nawet stoisko na rynku Turzyn miało kiedyś dumnie sterczący wysoko napis: „Antyki” (a kupić tam można było stare klamki, zaredzewiałe bagnety i elementy mundurów z NRD).
    Oczywiście w podanej przeze mnie powyżej ilości antykwariatów wiedeńskich nie liczę owych „Altwaren”, których jest ponad 100, nie liczę galerii, których jest 172 i nie liczę placówek, które znaleźć można pod hasłem „Kunsthandel” („Handel sztuką” – jakże by to w naszym języku dziwnie brzmiało), których jest 102. W sumie – całe antykwaryczne imperium!
    Ach, jeszcze pchle targi! Nie można ich właściwie policzyć. Są trzy stałe, duże, funkcjonujące przez cały rok. Ale w każdy weekend organizowane są inne, lokalne, osiedlowe, prywatne, dobroczynne i jakie tam jeszcze. Towar na nich różny, masa tandety, mało okazji, prawdziwe antyki się zdarzają ale nie są tanie.
    Gdy wody Dunaju opadły i przyszła następna sobota poszliśmy na ten największy pchli targ miedzy Linke a Rechte Wienzeile. I to był strzał w dziesiątkę. Kupiliśmy mnóstwo łakoci: ramy, grafiki, porcelanę. Mnóstwa nie kupiliśmy, bo portfel mi się zaciął...
Chodziliśmy, bagatela, 5 godzin! Można się było utopić w tej powodzi różnorakich obiektów i ofert.
    Wreszcie całkiem padliśmy. Napatoczyła się mała wiedeńska kawiarenka, gdzie dla kurażu zamówiłem jak Adolf Dymsza w przedwojennej komedii:
„- Poproszę cztery kawy do jednej szklanki. Na wodzie mi specjalnie nie zależy...”

                                

Jacek Bukowski

Drukuj | Powrót do listy


stat4u

Odwiedziny: 3280

Copyright by SMARTNET