Gości online:   10

       

 

 

MIĘDZY GALERIĄ A ANTYKWARIATEM

 

 

 Pan Paweł był niegdyś muzykiem. Ściślej biorąc - perkusistą. Lata całe spędzał  wśród innych muzyków, piosenkarzy, klezmerów, artystów, stripteaserek, konferansjerów, żonglerów, wodzirejów i wszelakiej maści artystowskiej braci, która występowała na balach, dancingach, weselach, akademiach ku czci, festynach, chałturach i okazjonalnych koncertach. Z tamtych lat pozostały mu: tysiące znajomych, skrzętnie przechowywane w pamięci wspomnienia i nadwyrężone uszy. Wszystko to okazało się nie bez znaczenia, gdy Pan Paweł (po zmianie ustroju) dokonał gwałtownego zwrotu: sprzedał perkusję, całkowicie zamknął rozdział „muzyka  w moim życiu” i zamieszkał w... antykwariacie.

 

 

Pan Paweł

 

 miał takie cechy charakteru, że sformułowanie „zamieszkał w antykwariacie”, jest całkowicie uprawomocnione.

 Pierwszy w Szczecinie prywatny antykwariat  „Salon Hobby” otworzyłem 1 marca 1989 r.  Pan Paweł był już zatrudniony dwa miesiące wcześniej, by ułożyć i przygotować do sprzedaży tysiące znaczków pocztowych. Jako wytrawny filatelista oglądał z obu stron każdy znaczek, by klient nie miał w przyszłości prawa do najmniejszej reklamacji. Badał, wąchał, brał pod lupę, wygładzał, zmieniał na lepszy. Siedział nad tym i po 8 godzin dziennie, a przecież miał tylko ½ etatu. Powoli stał się domownikiem.

Z subiekta stawał się zwolna zastępcą właścicieli. Był moim Rzeckim - to największy chyba komplement, jakim można obdarzyć sprzedawcę. Gdy wyjeżdżaliśmy, prowadził interes sam. Nikt nie liczył kasy przed wyjazdem, nikt nie liczył po powrocie. Było wiadomo, że jeśli upadnie na podłogę 10 groszy, to Pan Paweł będzie ich szukał dwa dni, ladę odsunie, w końcu znajdzie…20 groszy. Bo to przecież pieniądze firmy! Później przez lata tak się jego postać zrosła z tym antykwariatem, że spotykałem klientów, którzy nie chcieli ze mną gadać domagając się obsłużenia przez „...tego miłego starszego pana...”.

 A te wspomniane wcześniej tysiące znajomości z dawnych lat - procentowały. Zatrzymywali się ludzie w antykwariacie i prowadzili z Panem Pawłem wielogodzinne rozmowy o wszystkim: o dawnych czasach, o nowych czasach, kto umarł, kto jeszcze działa, co się dzieje z filatelistyką, dlaczego ten stolik taki drogi i czy przywieźć komodę od teściowej, bo zawadza (stolik?  teściowa?). A Pan Paweł wszystkich wysłuchał, dla każdego miał czas, każdego rozumiał, dawnych znajomych rozpoznawał, wszystkim potrafił powiedzieć coś miłego. Z potrzeby serca kierował rozmowy na grunt rodzinny, zawsze pamiętając, by wspomnieć o ukochanym wnuczku lub córce. Miał bardzo rzadki w dzisiejszych czasach dar słuchania partnera. I zapamiętywania kłopotów lub radości rozmówcy, który po wejściu do antykwariatu po - powiedzmy - 6 miesiącach, od progu był witany:  „ Moje uszanowanie! Jak zdrowie siostry? Mam nadzieję, że już wyszła z dializ?”

Miał też niezwykle rzadki u mężczyzn dar widzenia kobiet tak, jak one lubią najbardziej: „Och! Szefowa zmieniła fryzurę!” (a ja, mąż - daję słowo - nie zauważyłem), „Proszę, proszę, pierwszy raz widzę Panią w tym żakieciku. Świetnie Pani wygląda!...” itp. itd. Potrafił dowartościować każdą klientkę.

Pan Paweł jednak, co zaznaczyłem wcześniej, miał słuch zmarnowany perkusją. Posiadał wprawdzie kilka aparatów słuchowych, ale to przecież nie znaczy, że lubił je, lub używał. Były albo niewygodne, albo za ciężkie, albo bez baterii, albo zepsute, albo ...ten...tego...tam… Imał się więc  każdej wymówki tłumaczącej nieobecność aparatu w uchu. Do tego jeszcze jak ognia unikał posądzeń o to, że nie słyszy. Niektóre kwestie podczas rozmowy (zwłaszcza telefonicznej) powtarzało się trzy razy, coraz głośniej oczywiście, coraz głośniej, by raptem usłyszeć: „ Dlaczego krzyczysz? Przecież słyszę!”  Kiedyś cicho wszedłem do antykwariatu od strony zaplecza i zobaczyłem klienta, który od drzwi wejściowych skierował się do obrazu wiszącego po prawej stronie i zadzierając głowę do góry spytał: „ No i co?  Staniał wreszcie?” A na to Pan Paweł: „No, padał! A mówili w dzienniku, że będzie słońce!  Nie można im wierzyć!”

 Pan Paweł całe życie zbierał znaczki pocztowe. Nic specjalnego: Polskę, NRD i Generalną Gubernię. W Generalnej Guberni doszedł do absolutnego kompletu, miał nawet niewydany znaczek z Gauleiterem Frankiem, a to kosztowało kiedyś majątek. Zbiór się zamknął, nic więcej nie można było dozbierać, więc Pan Paweł skupił się na Polsce i NRD. Chodził na giełdy i spotkania wymienne, znosił do domu swe papierowe zabawki i chuchał, dmuchał, prasował, oglądał i układał. Wydawał niezłe sumy na abonamenty i nawet mu przez myśl nie przeszło, że to, co zbiera,  kiedyś będzie niesprzedażną makulaturą. Że jego hobby nie będą już rozumieć następne pokolenia, że młodzież będzie miała inne zainteresowania, że koło filatelistów spotykających się w Książnicy Pomorskiej będzie topnieć, topnieć, topnieć, aż któregoś dnia... Nie, to było niemożliwe! Pan Paweł we wszystko mógł uwierzyć, ale nie w to, że jego ukochany zbiór może okazać się nikomu niepotrzebny do szczęścia! A przecież pracując w antykwariacie, gdzie znaczki były od pierwszego dnia jego istnienia, widział, że powoli ustają wizyty filatelistów, że kurczy się świat szlachetnych maniaków rozprawiających godzinami o różnicach znaków wodnych w trzecim wydaniu Rzeszy z roku 1872, widział, że jemu podobni szlachetni maniacy to rodzaj wymierającego plemienia.

Widział, a mimo wszystko oddawał się swej pasji.

Przypominał  latarnika, który nadal codziennie zapala powierzoną mu przed półwieczem latarnię morską,

chociaż morze już wyschło i żadne statki nie płyną...

 

Pan Paweł zmarł niespodziewanie 30 sierpnia 2000 roku.

Byłem u Niego w szpitalu dzień przed śmiercią, ale się - oczywiście - nie pożegnałem,

bo kto by przypuszczał,że może istnieć świat bez Pana Pawła… A jednak…

 

BARDZO DOBRY CZŁOWIEK - odszedł.

Jego osierocone znaczki - zostały.

Jacek Bukowski 

Drukuj | Powrót do listy


stat4u

Odwiedziny: 1636

Copyright by SMARTNET