Gości online:   9

       

 

MIĘDZY GALERIĄ A ANTYKWARIATEM 

  

         Bardzo mi się podobają krótkie tytuły obrazów, książek, filmów, felietonów oczywiście także. Marks, Amicis, Reymont - oni chyba też tak myśleli, skoro w tytułach swych życiowych dzieł umieli lapidarnie zawrzeć kwintesencję całego utworu. „Kapitał’, „Serce”, „Chłopi” absolutnie trafione skróty całości w jednym słowie! I każdy to pamięta i każdy to kojarzy z jednym tylko autorem. Czy następne pokolenia będą pamiętały powieść Doroty Masłowskiej „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną”? Oj, coś mi się zdaje, że tytuł się w zbiorowej pamięci nie zakoduje.

Więc i ja chciałbym używać tytułów krótkich. A co zrobić jak się nie da? Co zrobić, jeśli krótki tytuł „Mnogość” jest do bani, bo nie oddaje myśli zawartej w felietonie? Trzeba dać tytuł długi:

                       
„Nigdy nie jest tak dużo, żeby nie mogło być  więcej”

 

    Tak pewnie myślał nasz narodowy kompozytor Stanisław Moniuszko, gdy rodziły mu się kolejne dzieci. Bóg dał, Bóg wyżywi - kombinował, no i nie ustawał w staraniach. W sumie żona powiła mu… dwudziestkę pociech! To, że nie wszystkie przeżyły, to już zupełnie inna sprawa.

Czy duża ilość, mnogość, to dobra cecha? Zależy czego ta mnogość dotyczy. Gdy chodzi o dziedzinę, którą się zajmuję, to na całe życie zapamiętałem radę pewnego Niemca, pośrednika antykwarycznego, który zapytany przeze mnie, po jaką cholerę kupił całe wyposażenie starej drukarni, skoro to nie jego domena, skoro to mu zapełniło aż dwa magazyny na posesji, odparł: „- Bo rasowy antykwariusz kupuje wszystko, czego jest od razu dużo! Zabiera ten towar sprzed nosa konkurencji i ma na ten towar monopol na terenie, na którym działa!!”

Niestety! Święte słowa!

Napisałem teraz „niestety”, bo nie pomyślałem o tym w roku 1989, gdy na warszawskiej aukcji organizowanej przez p. Andrzeja Ochalskiego kupowałem listy królów polskich. Kupiłem ich kilka, a mogłem kupić wszystkie (razem na dwóch aukcjach było ich chyba 30). Te, które kupiłem, były potem hitem mojego antykwariatu, a naukowi pracownicy Książnicy Szczecińskiej do dziś dają mi do zrozumienia, że są wdzięczni za te listy, które kupili w moim antykwariacie.

Napisałem „niestety”, bo pokpiłem (w tym samym 1989 r.) CAŁĄ pośmiertną spuściznę po malarzu Wiktorze Koreckim, całą masę płócien, jaka była do kupienia w Milanówku u rodziny artysty. Jak osioł kupiłem jeden obraz! A reszta potem ciurkała wolno na rynek wciąż rosnąc w cenie…

Napisałem „niestety”, bo ten sam błąd popełniłem w Poznaniu w mieszkaniu wdowy po malarzu Eugeniuszu Gramatyce. Obrazów było tyle, że leżały w kupkach po rogach wszystkich pomieszczeń, ba, nawet były upchnięte za piecem! A kto wie, czy nie było wśród nich również obrazów wartościowszych, starszych, droższych, Gramatyki seniora, Antoniego. Nawet nie sprawdziłem. Nie chciałem ich, a one potem oczywiście wypłynęły na wielu aukcjach.

Ale! W tym mieszkaniu kupiłem 220 sztuk porcelany Meissen! Nie pomyliłem się, tyle tego było, wziąłem wszystko. Był już rok 1990 i chyba zaczynało do mnie powoli docierać, że hurt w handlu antykwarycznym, to niebywała gratka.

A potem już była orgia zakupów hurtowych.

Dwa klany rodziny znakomitego malarza Tadeusza Nartowskiego, który żył i umarł w Szczecinie zaproponowały mi łącznie ponad 100 dużych, dorodnych akwarel artysty! Wziąłem prawie wszystko.

Jakiś góral spod Poronina zaproponował… 400 zegarków kieszonkowych i prawie 300 dewizek do nich. Nie wziąłem, nie czułem tego bluesa…

Rodziny zmarłych szczecińskich malarzy Arkadego Kondratskiego i Antoniego Pohoreckiego sprzedały mi absolutnie wszystko, co po uzdolnionych przodkach znalazły w mieszkaniu. Było tego tyle, że sprzedawałem tę spuściznę ponad 14 lat!

Jakiś dziwny człowiek zaproponował… dwieście starych aparatów radiowych. Trzymał je w stodole. Na ten hurt się nie skusiłem. Na radioodbiornikach znam się, jak mój jamnik na architekturze.

W Szwecji w jakiejś budzie ze starzyzną wyniuchałem i kupiłem całe 2 wiadra szklanych wisiorków do lamp. W Kopenhadze na ulicy, gdzie było 18 antykwariatów, wymiotłem absolutnie wszystkie stare ramki do fotografii z wypukłymi szkłami. Wszystkie, ze wszystkich antykwariatów. Przyczyna? Dotąd nikt w Polsce nie widział ramek z wypukłymi szkłami. We Wiedniu na dorocznej, ogromnej giełdzie kolekcjonerskiej pozamiatałem wszystkie stare pocztówki z ziem, które teraz są polskie, z szczecińskimi na czele.

A 3500 jokerów z kart do gry (z całego świata, każdy inny) które kiedyś zaległy na mojej ladzie - to nie mnogość?

A jednoczesne pojawienie się ponad 200 origami?

A zbiór 800 albumów o sztuce zostawiony przez zmarłego kolekcjonera?

Wreszcie, w chwili, gdy to piszę - parceluję zbiór kufli do piwa, liczący ponad 1500 sztuk! Zajmują w domu właściciela właściwie wszystkie pomieszczenia... To dopiero mnogość fascynująca!

Mnogość więc występuje w różnych postaciach, trzeba sobie umieć z nią radzić. Umiał Moniuszko, umiała też Fiedorowa Wasilijewa, zmarła w 1782 roku Rosjanka, która będąc 27 razy w ciąży urodziła z wielu ciąż mnogich ogółem…69 dzieci! W tym cztery razy czworaczki i siedem razy trojaczki! Przeszła do historii, ma na zawsze zagwarantowane miejsce w Księdze Guinnessa. Gdy zmarła, jej mąż, Fiodor miał jeszcze tyle sił i zapału, że... szczęśliwie ożenił się po raz drugi.

 Zapewne znał tytuł mojego felietonu i  uważał, że nigdy nie jest tak dużo, żeby nie mogło być więcej...

                            Jacek Bukowski

Drukuj | Powrót do listy


stat4u

Odwiedziny: 2429

Copyright by SMARTNET