Gości online:   8

       

 

 

MIĘDZY GALERIĄ A ANTYKWARIATEM

 

 

 

Między Frąsiem a Misiem jest kilka zasadniczych różnic.

Frąsiu (poznaniak) urodził się w roku 1879, żył długo, zginął potrącony przez samochód w roku 1964, gdy miał 85 lat. Misiu (wiedeńczyk) urodził się w roku 2000, ma (gdy to piszę) lat 12, żyje, ma się świetnie.

Frąsiu znał 6 języków (w tym grekę i łacinę), Misiu już zna świetnie 3 języki (niemiecki, francuski, polski), czwarty (angielski) właśnie opanowuje, ale spokojna głowa, ma czas, może Frąsia dogonić.

Frąsiu był moim dziadkiem, Misiu jest moim wnukiem.

Obu dotknęła jednak ta sama co i mnie choroba: kolekcjonowanie. 

 

Frąsiu i Misiu

 

w swoim zbieractwie mocno się wszakże rozminęli. Z całą pewnością można twierdzić, że ich kolekcjonerstwo było i jest odbiciem czasów, w których przyszo im żyć, a że żyli w światach nierównoległych, nie można się dziwić, że jeden zbierał - ogólnie mówiąc - wytwory kultury, a drugi zbiera… wizerunki bohaterów popkultury.

Co to za dziwo, te „wytwory kultury”? Otóż, pod jeden mianownik podciągnąłem tutaj nie dające się właściwie wspólnie klasyfikować różne obiekty rzemiosła artystycznego i dzieła artystów.

Dziadek Frąsiu (rodzinne spieszczenie imienia Franciszek) kolekcjonował: wybitną porcelanę, znakomite malarstwo, mądre książki (w tym świetne wydania bibliofilskie), grafikę i rysunki, monety starożytne, nowoczesną fotografię (sam ją zresztą uprawiając), roczniki pism i wydawnictw artystycznych itp. itd. Nie było w tym zbieraniu żadnego planu, żadnej myśli przewodniej, niczego, co by systematyzowało zbiory, porządkowało je. Kupował i chomikował to, co było w jego zasięgu, na co go było stać, czym się chciał otaczać. No, co tu ukrywać - połknął znanego „bakcyla muzealnego”. Gdyby te zbiory przetrwały i ja bym je włączył do mojego antykwariatu, to.. ho, ho, jaki to by był antykwariat!

Niestety przyszła II wojna światowa. Do Poznania, gdzie mieszkaliśmy, weszły wojska okupanta i zaczął się pierwszy etap degrengolady zbiorów. Mieszkania Dziadków i Mamy zabrali (wraz z całą zawartością) Niemcy. Kazali się wynieść w pół godziny. Matka zdążyła tylko zabrać ze ściany mały obrazek Jana Matejki, a Babcia zabrała portret Mamy zrobiony przez Zofię Batycką (?). Dziadek zabrał filiżankę z serwisu Tadeusza Kościuszki, pudło fotografii i mały mieszek starożytnych monet. Koniec. Kropka. Wszystko zostało.  Pod koniec wojny podczas wyzwalania miasta nastąpił drugi etap kolekcjonerskiego nieszczęścia: bomba zniszczyła dom Dziadków. Zaraz po tym - jakby było mało - do pracy przystąpili polscy szabrownicy. Obrobili opuszczone mieszkanie Mamy i resztki domu Dziadków. Kiedy wróciliśmy z wysiedlenia, z Generalnej Guberni, okazało się, że trzeba mieszkać w obcym domu i zaczynać wszystko od nowa.

Tu zaczyna się bardzo ważny fragment tej opowieści. Dziadek Frąsiu szalał na poznańskich rynkach: jeżyckim, wildeckim, łazarskim, śródeckim. Wszędzie szukał swoich własności i… znajdował je! Znajdował książki ze swoimi pieczątkami własnościowymi (np. ogromny zbiór książek Cesarzowej Herminy Reuss-Hohenzollern, żony Cesarza Wilhelma II z okolicznościowymi dedykacjami dla męża i syna), przez siebie przed wojną oprawione roczniki pism, znajdował i za grosze wynegocjowywał swoją porcelanę, ryciny i rysunki (np. „Salome” Kazimierza Sichulskiego). No i co najważniejsze: wszędzie taszczył ze sobą ukochanego wnuka, czyli mnie. Wtedy właśnie ten bakcyl kolekcjonerski przeszedł na mnie w sposób niezauważalny. Dotknął mnie do tego stopnia, że w szkole podstawowej miałem już przezwisko „gymylorz”, co w gwarze poznańskiej znaczy: śmieciarz. Ja się nie obrażałem. W moich kieszeniach był faktycznie śmietnik: niemieckie znaczki z Hitlerem, angielskie monety z XIX wieku używane do popularnej wówczas wśród chłopców gry „w bejmy o ścianę”, jakieś fragmenty broni i pociski bezustannie znajdowane w gruzach, skarby prawdziwe i domniemane.

Niczego nie wyrzucałem, przecież Dziadek nauczył mnie: zbieraj!

 

Minęło kilkadziesiąt lat.

Wiosną 2010 roku zabraliśmy z żoną Misia (Misia, no bo jak wciąż się do niego zwracać pełnym czterosylabowym imieniem: Maximilian?) na wspaniałą wycieczkę największym wówczas pasażerem „Splendidą” (18 pokładów!) po Morzu Śródziemnym. Wszystko szło (czy raczej  płynęło) ładnie, normalnie, atrakcyjnie, przewidywalnie, zarówno w Genui, jak i w Marsylii, Barcelonie, Tunisie, jak i na Malcie...

Stop! Nie na Malcie! Tam przeżyłem niesamowite déjà vu!   Na jednej z wąskich uliczek Valletty kłębił się mały tłumek mężczyzn i chłopców. Misiu podszedł, zajrzał do środka tego zbiegowiska i… oszalał! To była uliczna giełda wymienna kolekcjonerów zbierających wizerunki piłkarzy wszystkich drużyn biorących udział w Mistrzostwach Świata w Piłkę Kopaną. Ruchem magika chłopak wyjął z jednej kieszeni garść swoich „dubletów”, z drugiej wymiętolony spis wizerunków brakujących w jego zbiorze, zanurkował w tłumek, uruchomił swe umiejętności językowe i mieliśmy go z głowy na najbliższe 2 godziny. Wychynął z tego zamieszania spocony, zziajany i szczęśliwy: zdobył ileś tam brakujących obrazków, w tym jeden „platynowy” (cokolwiek by to miało znaczyć).

Jasny gwint! Ja, antykwariusz, w ogóle nie wiedziałem, że mój wnuk coś zbiera! Ja, dziadek, w ogóle nie wiedziałem, jaka jest zawartość kieszeni jego spodni (a co by było, gdyby zbierał na przykład… granaty z II wojny światowej?!) Ja, główny oficer rozrywkowy całej rodziny, w ogóle nie pomyślałem, że mogę we wszystkich portach tego rejsu zapewnić pętakowi najwyższe emocje nie zwiedzaniem oklepanych i zalecanych lokalnych atrakcji, ale spotkaniem z gronem kilkunastu miejscowych maniaków, zbieraczy papierków z wizerunkami jednorocznych bohaterów!

A kiedy po dwóch latach sytuacja się powtórzyła, kiedy Misiu targał Babcię i Dziadka po całym Wiedniu, żeby zdążyć na wszystkie uliczne i zadaszone giełdy wymienne (tym razem z wizerunkami drużyn biorących udział w Mistrzostwach Europy w Piłkę Bardzo Kopaną), kiedy widziałem, jak siedząc na podłodze jakiegoś  dzielnicowego klubu z poważną miną wymieniał się z dorosłymi kobietami i mężczyznami - już wiedziałem na 100 %!

Mój wnuk też złapał „bakcyla muzealnego”!

 

Misiu kochany! Mam nadzieję, że Twój prapradziadek Frąsiu z zaświatów dopilnuje, żebyś Ty kiedyś zaraził tym bakcylem swojego wnuka!

I dopilnuje, żebyście nie zbierali głupot...

 

 

 

 

Jacek Bukowski 

Drukuj | Powrót do listy


stat4u

Odwiedziny: 1562

Copyright by SMARTNET