Gości online:   9

       

 

MIĘDZY GALERIĄ A ANTYKWARIATEM 

         

            Czy pamiętają Państwo piosenkę śpiewaną przez Stefana Friedmanna w „Powtórce z rozrywki” w III programie Polskiego Radia?
            Przypomnę: „...Bo dobry Bóg, zrobił co mógł, teraz trzeba do tego fachowca...!”  Można ją sobie nucić podczas lektury tego tekstu.
            Zmorą antykwariatów są przedmioty zniszczone przez ich właścicieli. Zniszczone nie kiedyś, dawno, przez przodków, ale tuż przed przyniesieniem do antykwariatu celem wyceny lub sprzedaży. Obiekty te są dewastowane podczas czyszczenia lub domorosłej konserwacji. Chcę temu zjawisku poświęcić parę słów posiłkując się dylematem:

                         

                           Jak zamienić parasol w żywego królika

           

             Parę lat temu pewna szczecinianka z ul. Łokietka zgłosiła chęć sprzedaży należących do niej obrazów. Udaliśmy się tam ze specjalistą, konserwatorem p. Henrykiem Zyzikiem. I co zastaliśmy? Dwa  romantyczne, włoskie pejzaże, pełne słońca i radości życia. Oprawione w ramy, jakich nigdy przedtem i długo potem w Szczecinie nie spotkałem. Cymes!!
             Ale niestety...Zarówno ramy jak i obrazy wykazywały rozległe zniszczenia. O ile obrazy można było odświeżyć, o tyle ramy nie nadawały się już do tej operacji mimo, że pierwotnie złocone były 20-karatowym złotem. Pan Zyzik tak pokierował rozmową, że prawda wyszła na jaw: właścicielka była pilną czytelniczką złotych rad ze ściennych kalendarzy i pism kobiecych. Co przeczytała - to wprowadzała w czyn. W efekcie oglądane przez nas obrazy były w różnym czasie przemywane przez właścicielkę proszkiem do prania (zgroza!), surowymi ziemniakami na przemian z cebulą (autentyczne!), oliwką dla dzieci, tajemniczymi miksturami itd.itd. Przy tych czynnościach  ramy i obraz traktowane były na równych prawach, kompleksowo. Efekt mógł być tylko jeden: faktura na płótnach prawie zmyta, z ram zostało surowe, brudne drewno.

         Kiedy na początku wieku XX-ego Henry Ford zaczął produkować pierwszy na świecie samochód masowy, montowany na taśmie (model T, chyba ponad 2 miliony egzemplarzy) wygłosił słynne zdanie, które przeszło do historii: „Każdy Amerykanin może kupić Forda T w dowolnym kolorze, pod warunkiem, że to będzie kolor czarny”. Trawestując ten bon mot  krzyczę głośno:
„Każdy właściciel może konserwować swoje obrazy w dowolny sposób, pod warunkiem, że tę konserwację powierzy fachowcowi!”
         Żadnych czyszczeń i  konserwacji nie przeprowadzajmy sami. Nasze artystyczne skarby oddawajmy w ręce specjalistów, których na szczęście w Szczecinie nie brakuje. Kilka adresów dostaną Czytelnicy w moim antykwariacie.
         A co możemy sami? Głównie możemy przeciwdziałać zniszczeniom.
         Np. wszystkie oleje na tekturach i dyktach powinny mieć z tyłu ramy wzmocnienie, które  nie pozwoli na wybrzuszenie się lub zwichrowanie obrazu. Wzmocnienie takie zwane „parkietem” widzimy często na odwrociu starych ikon. Można to wykonać własnymi siłami pomagając obrazowi w zachowaniu formy. A propos: w miarę możliwości unikajmy wieszania obrazów tam, gdzie występują gwałtowne i duże zmiany temperatury (np. bezpośrednio nad kaloryferami). W przypadku akwarel i grafik unikajmy miejsc zbyt nasłonecznionych. Akwarele wystawione na długie działanie słońca bezpowrotnie bledną a grafiki - żółkną.

         Rysunki, grafiki, akwarele, a przede wszystkim pastele, należy ZAWSZE oprawiać w ramki ze szkłem, przy czym pastele muszą być od tego szkła oddalone grubością passe-partout, które nie tylko pełni funkcje dekoracyjne, ale również, a może przede wszystkim, chroni  pastele przed bezpośrednim kontaktem ze szkłem i „osypywaniem się” lub rozmazywaniem. Niedawno przyniesiono do mojego antykwariatu  pastele wyjęte z ram i zwinięte w rulonik! Żeby je chociaż przełożono bibułką, ale nie, nie zabezpieczono ich nijak. Mocno był zdziwiony właściciel, gdy je rozwinął, wszystko było rozmazane...
         Pastel - warto pamiętać - jest tak kapryśną techniką, że właściwie nie ma sposobu na jego czyszczenie i odnawianie; trzeba po prostu od nowa malować zniszczone fragmenty.
         W wielu mieszkaniach oglądam grafiki i akwarele, które mają narastające z któregoś boku czarne złogi brudu i kurzu. Właściciele najczęściej mówią: „Nie wiemy co to jest, to się zrobiło samo.”  Otóż „to” się nie zrobiło samo. To czas jest nieubłaganym psują. Zestarzał się papier, którym podklejona była z tyłu cała ramka, popękał, odkleił się od ramki i kurz zaczął wnikać do środka szparą między ramką a obrazkiem. Z kurzem wchodzą także pająki i muchy, składające w tych cieplarnianych warunkach swe jajeczka. A przecież łatwo było temu przeciwdziałać: wystarczyło raz w roku przy odkurzaniu mieszkania obejrzeć swoje skarby i zareagować na niedobre zmiany.
         Dobrych rad ze starych kalendarzy radziłbym unikać. Nie zawsze są sensowne.  W literaturze fachowej też można się natknąć na miny. W księgarniach Szczecina można było niegdyś znaleźć wydaną przez Arkady w r. 1996 książkę „Antyki – przechowywanie i konserwacja - poradnik kolekcjonera” (tłumaczenie z angielskiego bez jakiegokolwiek związku z polską rzeczywistością). Spokojnie można sobie było 32 zł zaoszczędzić nie kupując tego dzieła. Rady tam zawarte przypominały słynne rady z podręcznika Wadimowa dla początkujących iluzjonistów (cytuję):
      „... i w tym momencie niepostrzeżenie zamieniamy parasol w żywego królika...”
      - Ale  jak? - pytali skołowani czytelnicy chcący posiąść tajemnice iluzji  - jak zamieniamy - niepostrzeżenie?
     

      Tego już podręcznik nie mówił. Z tej wiedzy żyją fachowcy.

 

                                                                                Jacek Bukowski

Drukuj | Powrót do listy


stat4u

Odwiedziny: 1949

Copyright by SMARTNET