Gości online:   7

       

 

 

MIĘDZY GALERIĄ A ANTYKWARIATEM

 

Młodszym czytelnikom muszę na samym wstępie przypomnieć, że obowiązującą dziś walutę wprowadzono w roku 1995 wobec szalejącej inflacji złotówki. Przeliczono stare 10 000 złotych (PLZ) na… 1 PLN (Nowy Polski Złoty). Półtora roku przed tą denominacją rozegrała się scena będąca treścią tego felietonu (dolar kosztował wtedy… 22 000 złotych!). Konia z rzędem temu, kto po tytule zgadnie o czym chcę pisać. A tytuł brzmi tak: 

 

Ponieważ jest nas czworo

 

Trochę to brzmi jak cytat z frywolnej piosenki o występnej miłości, ale jest, niestety, fragmentem poważnej rozmowy o interesach. Dlaczego napisałem  „niestety”? Samo się wyjaśni.

Do mojego antykwariatu zgłosił się pewnego dnia kolejny klient oferujący do sprzedaży mebel. Pan pod pięćdziesiątkę, kulturalny, operujący dobrą polszczyzną, zajechał niezłym autem, na oko widać było, że to przedstawiciel „klasy średniej wyższej”. Poważny klient, którego należy poważnie traktować. Tak też zrobiłem. Poszliśmy w głąb domu, usiedliśmy w saloniku, a niewielu przecież klientów z antykwariatu prosiłem do prywatnej części willi.

- Słucham pana – zagaiłem.

- Mam do sprzedania antyk - odparł, co nie było specjalnie odkrywczym  oświadczeniem,  jako, że powidłami przecież nie handlowałem.

- A konkretnie? – wyraziłem ostrożne zainteresowanie.

- Mam szafę gdańską – powiedział z takim namaszczeniem, jakby oznajmiał tłumowi wejście królowej angielskiej do sali  audiencyjnej.

Zapaliła mi się gdzieś z tyłu głowy czerwona lampka. W takim momencie rozmowy najczęściej mówię moim rozmówcom, że mogę się z nimi założyć, że to NIE szafa gdańska… Ryzyko przegrania takiego zakładu jest tak znikome, że prawie żadne. No, ale pisałem już o fenomenie szaf gdańskich w innym felietonie, więc pomińmy ten wątek. Przecież miałem do czynienia z poważnym klientem, więc może.. kto wie…?

- Czy ma pan zdjęcie? – spytałem.

Był przygotowany. Wyciągnął z kieszeni zdjęcia mebla może nie najlepsze, ale wystarczające do wstępnej oceny obiektu. Rzeczywiście była to szafa w stylu mebla gdańskiego, miała piękne rzeźby na płycinach i zwieńczeniu, niezłe ślimacznice, jedynie wysoko w koronie brak było lwów i herbu gdańskiego, był natomiast jakiś mały, nieczytelny herb.

- To nasz herb rodowy! – wyjaśnił dumnie klient.

W mózgu zapaliła mi się druga czerwona lampka. Ostrożnie! Jeśli szafa ma być prawdziwa, to klient powinien znać swoje koligacje wstecz do II połowy XVIII wieku i jeśli są to koligacje polskie, to szafa musiałaby przyjechać do Szczecina z głębi Polski wraz z rodziną klienta, a praktyka mówi, że zawsze jest odwrotnie, ten rodzaj mebla najczęściej wyjeżdżał ze Szczecina i to w odwrotnym kierunku, nie na wschód, w głąb Polski, ale na zachód, do Niemiec. Jeśli zaś klient ma koligacje niemieckie, to dawno wraz z szafą powinien być w heimacie…

- Mam na nią papiery! – poinformował mnie właściciel szafy, jakby czytał w moich myślach. Przyznam, że zbił mnie z pantałyku (cokolwiek to słowo znaczy), bo nijak nie wiedziałem, iż można mieć papiery na szafę...

- Jakie? – zapytałem wartko, żeby temat papierów się nie rozmydlił i nie popadł w zapomnienie.

- Testament babci z lat czterdziestych, w którym przekazuje szafę w wianie mojej matce – odparł.

Niby - co do czasu - wszystko się zgadzało z wiekiem klienta, ale zadałem mu kilka dodatkowych pytań, z których wynikało, że plecy w szafie są nowe (tu zapaliła się trzecia czerwona lampka ostrzegawcza), że zawiasy i klucze sprawiają wrażenie oryginalnych (barokowych), ale nie ma jasności co do zamków, które w tych szafach są bardzo ważne, bo prawie dokładnie te meble datują. W sumie szafa mogła być zarówno barokowym oryginałem, jak i XIX-wieczną powtórką. Należało udać się do klienta do domu, celem dokonania oględzin, ale najpierw oczywiście trzeba spytać o to, czy klient ma na obiekt jakąś rozsądną cenę. Odpowiedź była zdumiewająca:

- Chcę - minimum - miliard dwieście milionów! - powiedział pewnie, a ja dostałem zawrotu głowy.

To już nie była czerwona lampka! Cała zwariowana dyskoteka rozbłysła po tej odpowiedzi! Jak to w ogóle nazwać: mrzonki, fantazje, tupet? W antykwariacie „Czas” w tym samym - nomen omen - czasie, stała pół roku (!) podobna szafa za 100 milionów i nikt jej nie chciał. W poznańskiej Desie widziałem taką samą za 80 milionów. Miesiące wcześniej w Kopenhadze szafa o niebo piękniejsza i z XVII wieku (!) kosztowała 60 tys. koron, to znaczy 180 milionów złotych! W poprzednim roku byłem świadkiem transakcji: szczeciński lekarz próbował sprzedać nadburmistrzowi Berlina Zachodniego dwie szafy gdańskie, jeden stół i cztery krzesła (też oczywiście gdańskie) razem za 250 milionów złotych. Pan nadburmistrz obejrzał, pocmokał z zachwytem i… nie zapłacił!

A tu klient wyskakuje z miliardem!

Byłem tak zaskoczony, że zadałem mało inteligentne pytanie:

- A dlaczego tyle?

- Ponieważ jest nas czworo! Rodzeństwa znaczy się. A każdy potrzebuje 300 000 złotych. – wyjaśnił.

Kiedy jestem wnerwiony – myślę dość szybko.

- To znaczy – zwróciłem się do właściciela szafy słodziutkim głosikiem - gdyby było Państwa tylko troje, to szafa by kosztowała 900 000 złotych ? A gdyby - za przeproszeniem - tatuś pana był równie zdolny jak prezydent Wałęsa, to szafa by kosztowała 2 miliardy 400 milionów złotych, bo każde z ósemki dzieci musiałoby dostać 300 000?

Pan klient wyrwał mi zdjęcie szafy i wybiegł.

Ja zostałem z satysfakcją, że raz w życiu otarłem się o szafę wartą… miliard dwieście milionów!

 

 

Jacek Bukowski 

Drukuj | Powrót do listy


stat4u

Odwiedziny: 1468

Copyright by SMARTNET