Gości online:   8

       

 

MIĘDZY GALERIĄ A ANTYKWARIATEM

 

W poprzednim felietonie użyłem sformułowania, że antykwariuszowi bliżej do grabarza, niż do kabareciarza. Napisałem to impulsywnie i dopiero, gdy tekst zawisł na mojej stronie, gdy czytałem go w celu skorygowania ewentualnych błędów (a czytałem w specyficznym nastroju parę dni przed Świętem Zmarłych) - dotarł do mnie sens tych słów. Faktycznie…

Ileż to razy likwidowałem mieszkania po zmarłych, w ogóle mi  nieznanych ludziach? Nie zliczę.

Ileż to razy wyprzedawałem zbiory zmarłych, a wcześniej dobrze mi znanych kolekcjonerów? Nie zliczę.

Ileż to wysłuchałem opowieści o ludziach, którzy odeszli, a których życie związane było z przedmiotami wstawianymi do mojego 

antykwariatu przez spadkobierców? Nie zliczę.

A ilu moich klientów odeszło z tego świata w dramatycznych i kryminalnych okolicznościach? Tych zliczę: było ich troje.   

 

                                                                                      Śmierć Napoleona

 

Przypadek zamordowania Starszej Pani i niezwykłe odszukanie jej mordercy dzięki zegarkowi leżącemu w gablocie mojego antykwariatu opisałem w felietonie „Zegarek zdradza mordercę”.

Przypadek zamordowania sąsiadki mojego antykwariatu, która nie chciała sprzedać interesujących mnie antyków (a zabrali je później mordercy) opisałem w a felietonie "O antykwariuszu, który nie chciał Malczewskiego".

Dziś opowiem o tragicznym zniknięciu Napoleona.

Oczywiście ten szczeciński kolekcjoner (i również handlarz) miał inne imię, ale tak nazwaliśmy go po tym, jak przyjął mnie kiedyś w swoim gabinecie jedną dłonią oparty o ogromny globus (z barkiem wewnątrz), z drugą dłonią wsadzoną między guziki kamizelki i z piersią dumnie wypiętą. Miał jakieś 160 cm wzrostu, więc skojarzenie z Napoleonem narzucało się samo. Dumna postawa Napoleona miała swoje podstawy: gabinet robił wrażenie. Same meble gdańskie. Wszystkie czarne, ciężkie, dostojne! Zbyt krótko byłem w tym gabinecie, by ocenić, czy coś tam pochodziło z XVIII wieku, czy też wszystko było XIX-wiecznymi powtórzeniami. Napoleon wyszedł zza biurka i pewien, że już wywarł na mnie dostatecznie piorunujące wrażenie -  poprowadził do salonu. Nigdy nie wprowadził mnie do gabinetu po raz drugi, mimo wielu w jego domu moich wizyt. Zawsze zapraszał do salonu, który dla odmiany kapał złotem.

Czegoż tam nie było! I szezlong empirowy (rekamiera), i komplet mebelków salonowych Ludwika XVI, i klawesyn francuski, i całe mnóstwo drobnych fotelików i mebelków pomocniczych, i obrazy stare i nowe, z tondem wypełnionym dobrą kopią Madonny della Sedia Rafaela (patrz ilustracja przed tytułem tego felietonu), i ogromny, sufitu sięgający piec secesyjny. A wszystko to - wyłącznie w złocie: meble, ramy, nawet drzwiczki pieca…

Przepych tego miejsca nie był odbiciem życiowego stylu właściciela, który nosił się szaro i sam był mężczyzną nieefektownym; był raczej ten przepych wymuszony chęcią olśnienia gościa. Przekonałem się o tym dobitnie, gdy w połowie lat 90-ych przyprowadziłem tam pewnego leciwego milionera z Niemiec. Milioner ten był właścicielem ogromnej firmy transportowej w Hamburgu, zawiadywał ogromną ilością aut, a Napoleon kiedyś w rozmowie ze mną wyskoczył znienacka z pytaniem, którym potwierdził moje podejrzenia, że zajmuje się jakimiś pokątnymi handelkami:

„Nie zna pan kogoś, kto kupi 50 Volkswagenów?”

Znałem, oczywiście, owego Niemca, p. Beckera, więc przyprowadziłem go do Napoleona, żeby- ewentualnie - dobili targu. Pan Becker poruszał się o lasce, ale kiedy wtarabanił się na I piętro kamienicy, gdzie mieszkał Napoleon i kiedy stanął w drzwiach salonu - jak młody poborowy wyprostował się błyskawicznie, dłonie przyłożył regulaminowo do szwów spodni i zameldował swój podziw: „Mein Gott! Wunderbar!”. Mimo takiego zachwytu na wstępie, panowie nie dobili targu, nie zrobili w ogóle żadnego interesu. Bóg wie, dlaczego?

Teraz - po nakreśleniu tła - przyspieszę opowieść.

Napoleon po jakimś czasie zniknął całkowicie z horyzontu.

Uparcie nie odbierał zarezerwowanego i przedpłaconego drobną zaliczką  francuskiego zegara kominkowego (oczywiście złoconego).

Nie można się było do niego dodzwonić.

Potem gruchnęła wieść, że ma pensjonat w Dziwnówku i tam robi jakieś interesy.

A jeszcze później ktoś go w tym pensjonacie zamordował.

Został znaleziony związany i zamknięty w… tapczanie. Domysłom nie było końca: jedni mówili, że to mafia ukraińska, z którą się wdał w konszachty, inni twierdzili, że widzieli u niego złote wyroby Fabergé i pewnie jakiś klient złoto wziął, a zapłacił morderstwem, jeszcze inni „wiedzieli na pewno”, że w tle były sprawy obyczajowe, bo delikwent mieszkał sam, nigdy go nie widziano z kobietą i „różnie o nim mówiono”, mimo, że miał dzieci.

Potem sprawa ucichła.

Jakieś dwa lata później byłem w Danii i tam się okazało, że jedyna rodzina zamordowanego Napoleona mieszka w Niemczech, jest w bardzo dobrej komitywie z żoną mojego kopenhaskiego gospodarza i - uwaga! uwaga! -  szuka kogoś zaufanego, kto zajmie się likwidacją mieszkania po zmarłym! Dalej już się Państwo domyślają: to ja dostałem klucze do tego mieszkania i przeprowadziłem jego demontaż i wyprzedaż. Cóż, to jedno z typowych zajęć antykwariusza, szczególnie w Skandynawii i Niemczech.

Wszystko zostało sprzedane, wszystko znalazło nowych właścicieli, nawet kopia Madonny.

Na samym końcu ściągnąłem lokalnego biedaka i pijaczka, pana Miecia, który mocno podreperował swój budżet, wywożąc starym wózkiem dziecinnym  kuchenki, karnisze, ubrania i buty (około 100 par!), wieszaki oraz meble kuchenne.

O, właśnie! Meble kuchenne…

W szufladzie kuchennego mebla, wyrzucając z niego różne rupiecie, znalazłem zwitek dokumentów, rysunków i zdjęć kilku sztuk złotej biżuterii najsłynniejszego jubilera w dziejach Rosji - Piotra Karola Faberge. Były zawinięte w papierki z odręcznymi notatkami w języku rosyjskim. No więc może jednak…? Może rzeczywiście w każdej plotce jest ziarno prawdy?

Nawet jednak to spektakularne znalezisko tak mnie nie wprowadziło w osłupienie, jak całkiem inna sprawa. Otóż, gdy pierwszy raz wszedłem do tego mieszkania sam, gdy sforsowałem dwie pary drzwi wejściowych oddalonych od siebie o 40 cm (!), między którymi jeszcze były kraty - bo Napoleon był ostrożny i swą twierdzę chronił jak umiał - wtedy co zrobiłem? Natychmiast skręciłem na prawo do gabinetu, by wreszcie obejrzeć meble gdańskie.

Gabinet był pusty. Pusty absolutnie i definitywnie. Nawet lampy sufitowej i tego badziewiastego globusa nie było.

Do dziś nie wiem co się stało.

Sprawcy morderstwa z Dziwnowa zdobyli klucze i wynieśli potwornie ciężkie meble gdańskie, a lekkich i cennych mebelków salonowych i obrazów nie ruszyli? Niewiarygodne i niemożliwe. Oryginalne klucze miałem w ręce, a reszta mieszkania nie była splądrowana.

Rodzina właściciela zabrała gdańskie meble do Niemiec? Nie, kategorycznie zaprzeczyli, zresztą nie byli po tragedii w tym mieszkaniu!

Napoleon wyprzedał swój ulubiony gabinet, który tak podnosił jego prestiż i który tak kochał? Zrobił te bez kontaktu ze mną, chociaż prawie zawsze wszystko, co miało związek z antykami, sprzedawał przeze mnie? Zaczął opróżniać mieszkanie przeczuwając, że je opuści?

Same pytania, żadnej odpowiedzi.

Tajemnicę biżuterii Fabergé i mebli gdańskich - jak w powieści kryminalnej - zmarły zabrał  do grobu.

 

Jacek Bukowski 

Drukuj | Powrót do listy


stat4u

Odwiedziny: 1470

Copyright by SMARTNET