Gości online:   15

       

 

 

MIĘDZY GALERIĄ A  ANTYKWARIATEM

 

            W Muzeum Archeologicznym w Krakowie przechowywany jest kamienny Światowit znaleziony w 1848  r. w ukraińskiej rzece Zbrucz i będący uosobieniem słowiańskiego Świętowita. Ma oczywiście cztery twarze zwrócone w cztery strony świata. Oglądając go myślałem o tym, jak wiele spraw, ludzi i zjawisk ma tyle twarzy co ten bożek. Albo i więcej.
Taki kapitalizm na przykład... Obejrzyjmy

    Oblicza kapitalizmu.

 

              Bezczelne oblicze kapitalizmu dojrzałem znienacka pewnego pięknego popołudnia 1991 roku w Kopenhadze. Nasz rodak, (nazywajmy go „Pan W.”), wyemigrował do Danii w latach 70-tych i tam stanął na nogi na tyle, że w początkach lat 90-tych miał już w Kopenhadze własny, niezły i nieźle położony antykwariat. Gdy go odwiedziłem - był sam. W trakcie naszej rozmowy rozległ się dzwoneczek otwieranych drzwi i do antykwariatu weszła młoda para Duńczyków, chyba małżeństwo. On pod pachą trzymał jakąś paczkę, ona lustrowała wzrokiem ściany. Po chwili podeszli do Pana W, pogadali w języku Hamleta, rozwinęli pakunek i wyciągnęli ścienny zegar. Taki sobie, nic specjalnego.
              Pan W. zegar obejrzał, ustalił cenę, wyjął pieniądze i zapłacił równo 300 koron. Dokładnie widziałem. Młoda para zainkasowała pieniądze i zaczęła spacerować po antykwariacie. Pan W. natomiast powiesił zegar na ścianie i od ręki wypisał na kartce cenę, którą wsunął pod listewkę zegarowej obudowy. 1200 koron!! Usiadłem z wrażenia...
W obecności niedawnych właścicieli, którzy kontynuując spacer po sklepie za chwilę tę cenę zobaczyli, pomnożył przez 4 przed chwilą wydane pieniądze..! Czyli marża antykwariusza wyniosła 300 procent! Powiedziałem Panu W., że gdybym ja to zrobił w Polsce, to albo dostałbym - za przeproszeniem - w mordę, albo okrzyknięto by mnie złodziejem. Pan W. spytał: „A jaką macie w Polsce marżę?” „To zależy - odpowiedziałem - w komisie 25 %, w zakupie - 50 %”.  
Pan W. chwilę pomyślał i zamknął dyskusję uwagą:
„ -  Chyba dobrze, że stamtąd wyjechałem. Cholernie nie lubię plajtować .”

             
            Dyletanckie oblicze kapitalizmu dostrzegłem w uroczym miasteczku holenderskim Groningen. W tamtejszym antykwariacie wszystkie przedmioty są datowane: albo 1780 r. albo 1815 r. Nawet lampy elektryczne! Innych dat nie ma. Na zwróconą uwagę właścicielka dostała szału, wyrzucała nas, straszyła policją. Jej antykwariat, jej wola, może pisać co chce, nikt nie może jej zmusić do poszerzenia wiedzy...
            W szwedzkim Lund był świetny sklep ze starzyzną. Bardzo lubiłem tam myszkować. Tylko musiałem pamiętać, że jak się zainteresuję porcelanową cukiernicą, to w środku będzie zeskorupiały cukier, że w starej portmonetce będą z całą pewnością zapomniane monety, a jak na obrazku piszą  „druk”, to mogę trafić nawet na... gwasz na kości słoniowej  (autentyczne - miałem takie zdarzenie). Nikt przecież nie ma prawa żądać od właściciela pracowitości i marnotrawienia czasu na oglądanie i badanie sprzedawanych fantów...
            
           
            Profesjonalne oblicze kapitalizmu ukazało mi się dawno i całkiem znienacka. Wiele lat temu Filharmonia Szczecińska stała się szczęśliwą posiadaczką koncertowego fortepianu marki Steinway. Wart był  około 60 000 DEM co było w tamtych czasach niewyobrażalną w Polsce fortuną (np. ja miałem wówczas w tej filharmonii pensję miesięczną wartą 17 dolarów!). Niestety, ten zafundowany przez Ministerstwo Kultury prezent miał defekt. Nie można było zamontować jednej nogi. Nie mieściła się w przygotowanej dla niej dziurce w dnie instrumentu. Dobry duch Filharmonii, pani Danuta Szlagowska, okryła chory instrument plandeką, dbała, by nikt tego cacka nie dotykał i zaczęła robić larum w Ministerstwie. Kiedyś zajechałem samochodem przed filharmonię, by poprowadzić koncert symfoniczny dla dzieci, i zobaczyłem przed sobą busa na niemieckiej rejestracji. Dwóch jegomościów w roboczych niebieskich spodniach na szelkach, z dużymi skrzynkami narzędziowymi zmierzało z tego auta do sali koncertowej. Okazało się, że to wyczekiwana ekipa od Steinwaya.

          Pół Filharmonii zebrało się na balkonie, by zobaczyć misterium naprawiania najsłynniejszego fortepianu świata. A niemieccy fachowcy weszli na estradę i zgrabnym ruchem... wywrócili niedotykalski fortepian na bok. Pani Szlagowska była bliska zawału. Za chwilę jeden fachura przyłożył nogę gdzie trzeba, a drugi wyjął ze swej skrzynki duży gumowy młot i... jak nie trzaaaaaaśnie....
          Huk się zrobił straszny.

          To zemdlała i spadła z krzesła pani Szlagowska.

         Kiedy ją ocucono, okazało się, że fortepian stoi na wszystkich nogach (i stoi tak do dzisiaj) a ekipy naprawiaczy i ich auta - nie ma. Pani Szlagowska po paru dniach doszła do siebie i znów zaczęła robić larum: gdzie i komu zapłacić za naprawę? Z niemieckiej centrali Steinwaya nadeszła uprzejma odpowiedź na to pytanie:

„Przepraszamy, ale nie wiemy o czym mowa? O jaką naprawę chodzi? Fortepianów firmy Steinway się nie naprawia, bo się nie psują.”
         

           Nie wiem jak moim Czytelnikom, ale mnie się TO oblicze kapitalizmu podoba najbardziej.


                                                                                                  Jacek Bukowski

Drukuj | Powrót do listy


stat4u

Odwiedziny: 2171

Copyright by SMARTNET