Gości online:   11

       

 

               

                  MIĘDZY GALERIĄ A ANTYKWARIATEM

O tym, że słonko jest na zmianę z deszczem, a smutek ze śmiechem, życie nas przekonuje nieustannie.

Pamiętam, że gdy byłem maleńki, ukochana moja Babunia wciąż powtarzała złotą myśl: „Dziecko ma płacz i śmiech w jednej kieszeni.”  Potem na koloniach śpiewaliśmy nieco idiotyczną piosenkę: „Wesoło było na moim pogrzebie, jeszczem się nigdy nie ubawił tak, słonko świeciło wysoko na niebie, ptaszki śpiewały w tej melodii takt: itd. itd” (Przed chwilą stwierdziłem, że oczywiście Gogle zna już tę piosenkę). Potem w szkołach okazywało się, że zawsze za najlepsze żarty i psikusy dostawałem - największą rżniątkę! A w dorosłym życiu wiele lat współpracując z przeuroczym dyrygentem i niezrównanym kawalarzem Walerianem Pawłowskim, nasłuchałem się multum jego żartów ze spraw ostatecznych. Prowadząc auto, w którym siedziała jakaś postronna osoba (najlepiej kobieta), na widok nadjeżdżającej z przeciwka ciężarówki puszczał kierownicę, zasłaniał oczy dłońmi i krzyczał: „Nie ominę go” Zabiję się!” I tylko wtajemniczeni wiedzieli, że kierownicę przytrzymywał kolanem a ciężarówkę obserwował szparką między palcami… I mawiał jeszcze, że jeśli się kiedyś obudzi i stwierdzi, ze nic go nie boli, to będzie wiedział, że umarł. Wreszcie Maestro umarł naprawdę, a ja jakoś nie mogę go spytać, czy nic Go nie boli…

Ze śmierci podkpiwał też wielki kompozytor Gioacchino Rossini. Mieszkał w Paryżu, gdy usłyszał, że w Rzymie rozeszła się pogłoska o jego śmierci, spowodowana zapewne jego długim twórczym milczeniem. Powiedział wtedy:  

 

Pogłoski o mojej śmierci uważam za mocno przesadzone.

 

Ten świetny bon-mot zrobił później taką karierę, że w zbiorach anegdot przypisywany jest różnym autorom.

Wróćmy jednak na szczecińskie podwórko.

Zmarł znany i ceniony szczeciński malarz.  Ludziom po 80-tce niestety się to zdarza. Odebrałem telefon od córki artysty, która zawiadamiając mnie o tym smutnym fakcie spytała, czy - ewentualnie - mógłbym coś nad trumną powiedzieć w imieniu „paczki dawnych kolegów i przyjaciół”. Powiedziałem, że spróbuję, ale nie obiecuję, bo chyba powinien przemówić jakiś kolega po pędzlu, inny artysta malarz, tak by było zgrabniej. Niemniej przygotowałem się: ułożyłem w głowie krótkie wystąpienie. Postanowiłem mówić tak:

…30 lat temu znakomity artysta Franciszek Starowieyski powiedział zdanie, które stało się złotą myślą. Powiedział: „Człowiek jest tylko epizodem w życiu przedmiotów”.

Parę lat temu ktoś oddał do antykwariatu obraz przedstawiający dziecko i osobę dorosłą  w półpostaciach. Malunek był wieloznaczny, można było w nim zobaczyć chłopca lub dziewczynkę, mamę lub tatę. Obraz nie był podpisany na awersie, tylko z tyłu czarną farbą na płótnie było napisane imię i nazwisko artysty, którego właśnie żegnamy. Obok była data: 1975. Zauroczył ten obraz młodego mężczyznę, kupił go, chciał, aby jego mały synek dorastał i mężniał przy tym obrazie, by wierzył, że jest na nim z tatą. Miał jednak nabywca jedno życzenie: prosił, by autor zechciał potwierdzić swe autorstwo i - ewentualnie - zechciał też napisać jakąś dedykację.  Życzliwy autor obrazu przybył do antykwariatu, widziałem, że był wzruszony biorąc do ręki obraz, który stworzył 30 lat wcześniej, żartobliwie wyraził swe oburzenie faktem, że obraz  kosztował parę tysięcy, zamiast parę milionów, napisał dedykację dla nieznanego chłopczyka. Potem wyszedł, znów rozstając się ze swym dziełem na nieznany czas.
                Dziś wiemy, że rozstali się na zawsze.
                Franciszek Starowieyski miał rację: żegnamy dziś człowieka, malarza. Jego dzieła zostają z nami, trwają…

Zapisałem sobie to potencjalne wystąpienie w głowie, a w stosownym dniu i porze udałem się na cmentarz. Tam już pod kaplicą w pewnej odległości od rodziny Zmarłego kłębił się mały tłumek przyjaciół, kolegów i znajomych. Dołączyłem do niego. Ten tłumek rósł, malał, jedni dochodzili, inni odchodzili na bok, sytuacja była dynamiczna, ale jedno było niezmienne: wymiana zdań w tym tłumku była stała, nie gasła, podjęte wątki kontynuowali i rozwijali ci, którzy doszli, padały nowe fakty i uwagi. Mniej więcej szło to tak:

- Cześć stary! Kopę lat! Kiedy my się widzieliśmy ostatni raz?

- Witaj! Chyba na pogrzebie Wacka.

- To Wacek nie żyje? Jasny gwint, Nic nie wiedziałem! Na jego pogrzebie oczywiście nie byłem..

- Ooo, Karol?!  Witaj! Ale się zmieniłeś!

-A myślisz, że Ty nie? Ja chociaż chodzę bez laski, a Ty już masz trzecią nogę.

- A, bo jakieś skurcze mnie dopadły… I paluchy w stopach  napieprzają..

- Co Ty mi będziesz gadał, ja już dwa razy leżałem w szpitalu z  moimi nogami…  Dobrze, że maluję

  rękoma... To jest jakaś paranoja!

- No, masz rację, mróz jak diabli! Czysta paranoja!

- Nie, ja mówię, że starość jest paranoją, nie mróz!

- Cześć chłopaki! Zdążyłem… A coś nie widać Jurka W.

- Jak to nie widać, stoi tam samotnie pod krzakami. Nie podchodzi do nas, bo nie chce pokazać, jak

  się posunął..

- A ja mam dobry patent na skurcze w nogach…

- Oooo, witamy! Witamy! Wy nawet na pogrzeb razem? To się nazywa udane małżeństwo!

- No dobra, ale właściwie na co On zmarł?

- Na wszystko, w Boże Narodzenie poczuł się źle i pociągnął biedak jeszcze 3 tygodnie. Już się razem

  wódeczki nie napijemy...

 

No i to właściwie było wszystko, co o Zmarłym powiedziano przed kaplicą. Potem były kapliczne egzekwie nad trumną (prawie 15 minut pięknego, wzruszającego recitalu flecistki oraz 15 minut należące do księdza) i trzeba było opuścić kaplicę, bo już podjeżdżał następny pogrzeb. O żadnym słownym wystąpieniu w kaplicy nie było mowy. Przed kaplicą okazało się, że kondukt na miejsce pochówku nie jedzie samochodami, lecz - w tym zimnie - zmierza do celu pieszo.  Złożyłem kwiaty do karawanu i…zrejterowałem do własnego auta. Uzmysłowiłem sobie bowiem, że mówić nad grobem w zimowej czapce nie można. Jeśli zaś pójdę tam piechotą i później  z gołą głową wygłoszę moją mowę, to wkrótce plotki o mojej śmierci krążące po Szczecinie mogą już nie być przesadzone…

Gdy wsiadałem do samochodu, kątem oka zauważyłem jeszcze dwóch starszych chyba ode mnie uczestników ceremonii, którzy podjęli podobną decyzję. I to mi przypomniało pewną historię:

Dwóch staruszków odprowadziło nad grób trzeciego, kumpla.
               Zmęczyli się wracając z głębi cmentarza i przysiedli przed bramą na ławce.

- Ty, Antek! - odezwał się jeden - a ile ty właściwie masz lat?
                - Noooo, niech policzę, za miesiąc będzie osiemdziesiąt siedem..
                - Antek! - poradził ten pierwszy - to tobie się już nie opłaca wracać do domu!

 

                                                       Jacek Bukowski 

 

                  

     Ludwik Sandecki - "Dudi", olej, 71x81 

                                                                           To właśnie o pogrzebie Ludwisia jest ten tekst..........

Drukuj | Powrót do listy


stat4u

Odwiedziny: 1463

Copyright by SMARTNET