Gości online:   10

       

 

 

MIĘDZY GALERIĄ A ANTYKWARIATEM

 

         Czy zauważyli Państwo, że prawie wcale nie opowiadamy sobie nowych dowcipów? W internecie są, owszem, całe strony, nawet ludzie sobie je podsyłają mailami, spamem oczywiście, bo komu by się chciało pisać? Funkcjami „kopiuj” i „wyślij” można wszystko załatwić. Mnie chodzi o to, że sobie dowcipów NIE OPOWIADAMY podczas spotkań towarzyskich. Czasy jakieś takie zgężlałe? Ludzie zagonieni, bez ducha, z zamierającym poczuciem humoru? Nikt mi nie wmówi, ze brak pożywki do żartów! Całe życie dookoła wygląda nieraz jak kiepski żart… No i może dlatego tyle obecnie w gazetach i internecie żartów o politykach.

          A jakie świetne były dawne dowcipy! Nie polityczne, często surrealistyczne, np. ten o gościu, który dał ogłoszenie do gazety:

 

   

                                 Sprzedam psa za milion złotych!   

 

 

         Ludzie się śmiali, pukali w czoło. Jeden zainteresowany się jednak zgłosił.

          - Psa już nie ma - oświadczył autor ogłoszenia.

         - Sprzedał pan psa za milion??!! - wykrzyknął interesant.

         - Nie. Zamieniłem go na dwa koty po pół miliona  - odparł z dumą handlarz żywym towarem.

 

        Nic lepiej nie unaocznia względności cen. Jeśli dwóch handlujących się umówi, że pies kosztuje milion, to umawia się dalej, że koty są po pół miliona. Jeśli umówią się, że pies kosztuje złotówkę, a koty są po 50 groszy, to znów wyjdą dwa koty za jednego psa. We wszystkich tych transakcjach ceny są idiotyczne, lub raczej - trzeba powiedzieć - idiotycznie wyrażone, ale towar jednak oceniono zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, który mówi, że pies jest mniej więcej dwa razy droższy od kota.

        Coraz więcej ostatnio tych psów i kotów w handlu antykwarycznym.

Wchodzi do antykwariatu klient i od progu pyta:

         - Ile kosztuje sekretera?

         - 5500 zł - odpowiadam.

         - Chce się pan zamienić? - pyta dobrze do rozmowy przygotowany - Dam panu bufet, pomocnik i stół, to jest warte 10 000 zł, jeszcze pan zarobi.

Bufetami i pomocnikami nie handluję, sekretera to komis obcej osoby, te drobiazgi jednak klienta nie interesują…

        Kiedyś wszedł Niemiec, który chciał wziąć eklektyczną bieliźniarkę wymagającą renowacji, a dawał za nią… całą nowoczesną czarną sypialnię z lustrami i materacami! Grzecznie podziękowałem kłamiąc, ze Sanepid nie pozwala w Polsce spać na używanych przez kogoś materacach…

        W połowie 2011 roku miałem trzy propozycje wymienne, w tym dwukrotnie propozycje zamiany różnych dziwnych obrazów (najpierw chyba trzech, a potem już pięciu) za wiszącą w antykwariacie pracę Axentowicza. Oczywiście do transakcji nie doszło, bo antykwariat nie jest hobbystą nastawionym na wymianę. Chociaż… jednak…  niekiedy…

      Oto (pamiętane przeze mnie) transakcje wymienne, które jednak doszły do skutku dzięki niezwykłemu uporowi moich klientów:

 - oddanie niklowego kubka kaukaskiego za widoczek Śnieżki podkolorowany masą perłową, który to widoczek zanim został sprzedany wisiał w antykwariacie pół roku, co nie jest złym wynikiem, bo wcześniej kubek stał 3 lata!;

- przyjęcie niezłej rzeźby drewnianej w zamian za kilka pojedynczych sztućców srebrnych i platerowych;

- zamianę znaczków: klient wziął niechodliwą Rumunię (bo akurat ją zbierał) ja wziąłem chodliwe znaczki Niemiec (tyle tylko, że ja dawałem dwie katalogowe marki za jego jedną);

- handelek, którego dokonaliśmy z żoną w Wiedniu. Jakiś antykwariusz wziął ode mnie niezłe i w dobrym stanie XIX-wieczne medale austriackie, których nie mogłem w Polsce sprzedać, a dał mi za nie dwie 60-cio centymetrowe, niezwykle piękne i fantastycznie rzeźbione, drewniane figury Żydów, których z kolei on nie mógł pewnie długo sprzedać, bo wskazywało na to okropne ich zakurzenie. Sprzedałem je w Szczecinie „na pniu”;

- no i super-transakcja, (opiszę ją kiedyś w osobnym felietonie): zamiana z Franciszkiem Starowieyskim, w której ja dałem dużą podłogową wazę chińską (za którą chciałem 2 tysiące, klejoną w naprawie, o czym lojalnie mistrza uprzedziłem), On dał dwie swoje prace na papierze, w technice mieszanej (tusz i olej), które sprzedałem za 5800 zł!

 

     Przy obowiązującym aktualnie systemie biurokratycznych zapisów, każących każdą transakcję odnotować w kasie fiskalnej i księgach podatkowych - ten sposób upłynniania niechodliwego towaru poprzez transakcje wymienne jest prawnie wykluczony. A szkoda, bo jak widać z przytoczonych przykładów może być korzystny dla obu stron.

     Niestety, pierwsza kontrola z Urzędu Skarbowego uznałaby niemiecką sypialnię za „lewy” towar, bo nie poparty żadnym rachunkiem za zakup. Do upadłego można tłumaczyć, że jeśli sprzedam taką sypialnię drożej niż bieliźniarkę, to zapłacę przecież większy podatek od tej transakcji i również budżet państwa ma z tej zamiany korzyść.

  

      Tak więc - niestety - człowiek często zostaje na zawsze z psem za milion i nie może go zamienić na dwa koty po… 

 

Eeech!

 

 

Jacek Bukowski 

Drukuj | Powrót do listy


stat4u

Odwiedziny: 1875

Copyright by SMARTNET