Gości online:   12

       

 

MIĘDZY GALERIĄ A ANTYKWARIATEM

 

 

 

Dwa lata po zakończeniu II wojny światowej mój ojciec ożenił się drugi raz biorąc za żonę panią, którą znał już grubo przed wojną i która należała do hrabiowskiej rodziny. Widocznie rodzina ta coś przegapiła u samego schyłku wojennej zawieruchy, bo została jej dużych rozmiarów puszka po sucharach pełna… okupacyjnej waluty, nie wymienionej o właściwej porze na coś konkretnego. Głównie to były brązowawe 100-złotówki, ale bardzo dużo było też „górali”, czyli 500-złotówek. Pieniądze te dostałem w prezencie i byłem tym podarunkiem oszołomiony! Tyle forsy! Gdzie ja to wydam? Proszę sobie wyobrazić zawód, jakiego doznałem, gdy okazało się, że to makulatura wycofana z obiegu w styczniu 1945 roku, że mogę sobie robić z tych banknotów samolociki i puszczać je z balkonu do kumpli czekających na ulicy… Ze złości tak właśnie tę fortunę roztrwoniłem. Czyż mogłem przypuszczać, że to kiedyś będą numizmaty? Że z biegiem lat będą nabierać znów wartości? Jak teraz wyglądają ich ceny łatwo sprawdzić w najbliższym gabinecie numizmatycznym, lub na Allegro.

 

Ale przecież 7-letni malec nie może wiedzieć

 

    

Ile kosztują pieniądze?

 

 

Gdy w pierwszych latach nowej politycznej rzeczywistości szalała inflacja i drukowano coraz większe nominały dochodzące do 2 milionów – zaczęły jak sen i mara znikać z naszych kieszeni i portfeli papierowe 10-złotówki, potem 20-złotówki, a na koniec pięćdziesiątki z generałem Świerczewskim. Obywatele myśleli standardowo: bank emisyjny je wycofuje, bo każdy pętak potrzebuje kilograma tych papierków, by kupić lizaka…  Jednak to nie była jedyna przyczyna nagłego znikania tych banknotów. Drugim powodem była realizacja hasła: „Polak potrafi”.

Nasi rodacy obdarzeni niebywałym węchem do interesów wysyłali paki tych banknotów… na Zachód! Kto by to pomyślał!?

W hurtowym handlu papierowymi numizmatami zwykło się wtedy płacić 3 - 5 fenigów niemieckich za jeden banknot (oczywiście nieużywany) krajów tzw. „egzotycznych”. Czy to się komu podoba, czy nie - byliśmy wtedy do tej grupy krajów zaliczani, bo jednym z kryteriów oceny poziomu gospodarki każdego kraju, jest właśnie wartość pieniądza, a nasze złotówki leciały na łeb na szyję, z tygodnia na tydzień było gorzej. Nie było oczywiście mowy w tym okresie, żeby można było kupić za 5 fenigów jakikolwiek banknot niemiecki, amerykański czy angielski. Sam taki pomysł kwalifikował autora do psychuszki. A banknoty Górnej Wolty, Republiki Bwana Kubwa, czy Polski – proszę bardzo! W DOWOLNEJ ILOŚCI! No bo kalkulacja wyglądała tak:

Sprzedawałem ważny, obiegowy polski banknot 20-złotowy za 5 fenigów. Marka niemiecka kosztowała 10 000 zł, więc za 5 fenigów dostawałem w kantorze…500 zł!!! No to obliczcie ci, którzy się znacie na rachunkach – ile można było zarobić sprzedając walizkę pełną polskich banknotów o małych nominałach? No ile?

Był tylko jeden problem: banki nie nadążały za popytem. Trzeba było mieć w banku „znajomą króliczka”, żeby taką partię pachnących świeżą farbą banknocików dostać. Wcześniej już jednak ustaliliśmy, że … Polak potrafi! Pani Krysia i Pani Zosia w banku dostawała bombonierkę albo czekoladę za każdą walizeczkę banknotów i było ok.

Do czasu jednak, do czasu. Tragicznie zrobiło się wtedy, gdy nasi handelkowicze wywąchali, że kiedy umiera Chińczyk, to jego rodzina pali przy ceremonii pogrzebowej pieniądze (prawdziwe, nie jakieś ksero), by zmarły zabrał je w zaświaty. Więc Polak wytłumaczył Chińczykowi, żeby nie był głupi, żeby nie palił dobrych chińskich wonów, za które może coraz więcej kupić, że lepiej spalić pieniądze polskie, za które kupić nie można nic (szczególnie w Chinach). Ale, wiesz Pan, panie Chińczyk, te pieniądze tak całkiem darmowe nie są, te 5 – 8 fenigów za sztukę musisz Pan, panie Chińczyk zapłacić…

No i Chińczyk płacił.

No i Polak się bogacił.

No i Bank Polski nie nadążał z podażą banknotów.

No i państwo nasze dostawało w ucho, bo produkcja tych papierków kosztowała znacznie więcej, niż wynosiły ich nominały…

 

Historia lubi się powtarzać, znany to truizm. Ale powtarzając się ma zawsze jakieś mutacje. Właśnie w polskiej prasie i na forach internetowych trwa ostra dyskusja na temat pomysłu wycofania z obiegu monet o nominałach 1 i 2 grosze, a nawet (jak chcą niektórzy) o nominale 5 groszy. Powód ten sam, co przed dwudziestu laty: nieopłacalna produkcja. Wybicie jednej 1-groszówki kosztuje ok. 8 groszy!!! A ile by się ich nie wybiło – wciąż jest za mało, bo gdzieś znikają. Otóż tu jest właśnie ta mutacja, zdawało by się – identycznej jak przed laty sytuacji:

Te grosze znikają w domowych skarbonkach i szufladach, nie są wynoszone z domów, bo po co? Nic się za nie nie kupi, a sprzedać ich też nie można, albowiem Chińczycy monet na grobach nie palą, a Górna Wolta i Bwana Kubwa nie są zainteresowane…

 

 

 

Jacek Bukowski 

Drukuj | Powrót do listy


stat4u

Odwiedziny: 1846

Copyright by SMARTNET