Gości online:   13

       

MIĘDZY GALERIĄ A ANTYKWARIATEM

 

 

 

  Tytuł tego felietonu, to przykład bzdury, która unieśmiertelniła autora.

Ksiądz Benedykt Chmielowski herbu Nałęcz (żyjący w latach 1700 - 1763) chciał zaznaczyć swą obecność w rozwoju rodzimej myśli humanistycznej jako autor pierwszej polskiej encyklopedii. Popełnił ją rzeczywiście, dał jej tytuł „Nowe Ateny” i w ogóle się nie przejmował tym, że brakowało mu wiedzy potrzebnej dla tak ambitnego projektu. I byłby autor przepadł w mrokach dziejów wraz ze swym pełnym nonsensów dziełem, gdyby nie absolutnie kuriozalny opis konia zawarty w dziale „O zwierzętach”.

„Koń jaki jest – każdy widzi” – palnął ojczulek i ... przeszedł do historii naszego języka jako autor najbardziej lapidarnego opisu zoologicznego.

Opisu, z którego naród śmieje się już prawie 300 lat.

 

       

Koń jaki jest każdy widzi 

     

    Zastanówmy się, czy słusznie śmiejemy się z tego zdania?

    Jaki jest koń - rzeczywiście każdy widzi, ale czyż na przykład artysta nie ma prawa widzieć konia zupełnie inaczej niż zoolog, ułan, dżokej, bookmacher  lub hodowca arabów? Jeden będzie widział w koniu godnego badań przedstawiciela rodziny koniowatych, drugi środek lokomocji i zasłużoną machinę wojenną, trzeci obiekt dający niezłe dochody w hodowli, inny wręcz zwykłe zwierzę rzeźne.

    A artysta ma swój punkt widzenia. Może rumaka namalować lub wyrzeźbić  jak chce: realistycznie, impresjonistycznie, ekspresjonistycznie lub w ogóle jakoś inaczej.  Rzemieślnik wykona konia w dowolnym materiale zgodnego z oczekiwaniem klienta ale artysta zrobi to tak, jak widzi.  Istota artyzmu to przecież nic innego jak umiejętność wypowiadania się z niczym nieskrępowaną fantazją, a tzw. wolny zawód pozwala artyście widzieć po swojemu, niepokornie, zupełnie dalece od tego, jak widzi rzemieślnik skrępowany prawami rynku, przyjętą normą i modą.

     Różni artyści w naszym kraju malowali konie. Aleksander Orłowski, Piotr Michałowski, Jan Matejko, Alfred Wierusz Kowalski, Juliusz, Wojciech i Jerzy Kossakowie i  różni inni, mniej lub bardziej biegli w rzemiośle malarze i pacykarze. Nawet pan Ziutek z Pragi jak nie jest wczorajszy to coś tam podobnego do konia maluje i sprzedaje na pchlim targu na Kole. Sztuka bowiem demokratycznie dopuszcza do siebie każdego chętnego. Konie zatem malować może każdy.

     Sęk w tym, że nie każdy powinien.

     Pan Bóg chyba zrobił co mógł, żeby koń był zwierzęciem wspaniałym, pięknie zbudowanym, zachwycającym proporcjami, gracją ruchu, inteligencją, oczami, które potrafią uwieść. Trzeba więc wielkiego fachowca, żeby malując konia nie zepsuć bożej roboty. Nie każdy biorący się za malowanie takim fachowcem jest. Juliusz i Wojciech Kossakowie - takimi fachowcami byli, ich syn i wnuk Jerzy - już niestety nie bardzo...

    A mistrzem nad mistrze był Józef BRANDT (1841 – 1915), który żyjąc jako  uznany artysta w Monachium, ówczesnej stolicy europejskiego malarstwa, skromnie podpisywał swe prace „Józef Brandt z Warszawy”.

    Ten wybitny batalista i autor niebywale pięknych malarskich wizerunków koni jest dziś prawie nieosiągalny na rynku sztuki. Jeśli pojawia się na aukcji jakiś jego olej, to kosztuje 600 000 zł do 1 000 000 zł i biją się o niego muzea i poważni kolekcjonerzy I można wierzyć, że te ceny będą tylko rosły. Gdy więc kiedyś w Warszawie w Domu Aukcyjnym „Okna Sztuki” była do kupienia akwarela Józefa Brandta „Towarzysz Pancerny” (na koniu oczywiście i to jakim!), z ekspertyzą rzeczoznawcy, za... marne 60 000 złociszy, napisałem na łamach miesięcznika „Konie i Rumaki”, że ten, kto kupi tę perełkę, może powiedzieć: „No, włożyłem do banku 60 000 zł na pewny procent... A wspaniałego rumaka dostałem przy okazji gratis!”

    Koń jest zbyt pięknym stworzeniem, by można było bezkarnie zaśmiecać rynek sztuki jego (konia) szkaradnymi wizerunkami. A to się niestety zdarza. Wśród producentów kiczu koń obok łabędzia i jelenia jest najczęstszym tematem makatek, oleodruków i innych mazideł. Na szczęście jest wystarczająco wiele europejskich odlewni brązów (np. Gladenbeck Berlin) i wytwórni porcelany (np. Meissen i Rosenthal), które zatrudniały i zatrudniają najlepszych autorów dających gwarancję nie tylko sukcesu finansowego ale i odpowiednio wysokiego poziomu artystycznego ich projektów. Niektórzy z tych artystów (rzeźbiarzy, modelarzy, dekoratorów) tworzyli dla chlebodawców tylko jeden projekt, niektórzy współpracowali z renomowanymi firmami całymi latami i tworzyli długie serie figur ludzi i zwierząt, w tym koni.

   Jeden z takich właśnie świetnych twórców, Theodor Kärner (żył w latach 1884 - 1966) był rzeźbiarzem, malarzem i modelarzem niemieckim współpracującym z porcelanowymi wytwórniami Allach  i Nymphenburg. Prawdziwą karierę zrobił jednak dopiero wtedy, gdy w 1918 roku podjął pracę w fabryce Rosenthala. W Kunstabteilung  czyli w oddziale porcelany artystycznej w Selb i Bahnhof Selb projektował figurki, zwłaszcza zwierząt. Do II wojny światowej zdążył stworzyć szereg porcelanowych owiec, lwów morskich i sarenek. Słodkie są jego szczeniaki  jamników i skradające się chytre liski. Ale ja chcę ten felieton zakończyć  zdjęciem figury jednego z koni autorstwa Fritza Heindenreicha. To „ARABER” (Projekt nr. 1278 z roku 1948). Gdybym mógł, przyznał bym autorowi mistrzostwo świata z dopiskiem: „Za miłość do zwierzęcia wyrażoną w kawałku ceramiki”.      

   

Jacek Bukowski  

 

 

                                      "Araber"  

                           FRITZ HEIDENREICH - projekt 1948 r. 

Drukuj | Powrót do listy


stat4u

Odwiedziny: 1499

Copyright by SMARTNET