Gości online:   15

       

MIĘDZY GALERIĄ A ANTYKWARIATEM

 

Kilka razy złapałem się na takim nierealnym marzeniu: do mojego antykwariatu wchodzi klient wyglądający na bliskiego kuzyna barona Rothschilda i od progu głosem nie dopuszczającym sprzeciwu mówi:

 

  

 

Zamykaj pan budę! Biorę wszystko! 

 

 

 

 Rozmawiałem na temat tego marzenia z kilkoma znajomymi z – jak to się ładnie mówi – branży. Miewali te same pomysły… Wspólnie moglibyśmy zaśpiewać słynny przebój Elizy z musicalu „My Fair Lady”: „…O jak to fajnie byłoby, byłoby, byłoby…”.

Niestety – nie będzie.

Myliłby się każdy, kto podejrzewałby, że za tym nierealnym marzeniem kryje się tylko przyziemna chęć nabicia sobie kabzy jednoczesną sprzedażą ogromnej ilości towaru. Oczywiście, że w dobie pogłębiającej się przepaści  między apetytami konsumpcyjnymi przeciętnych ludzi a ich możliwościami finansowymi, w dobie zastoju w handlu, co w szczególności dotyczy dziedzin, które nie zaspakajają podstawowych potrzeb ludności – marzenie o bogatym kliencie kupującym hurtem, jest marzeniem zrozumiałym, aczkolwiek nieco szalonym. O ile ma ono jakąś szansę na realizację w sklepie z artykułami przemysłowymi, powtarzalnymi, które można wziąć hurtem i gdzieś zagospodarować, to w antykwariacie takie marzenie pozostanie zawsze tylko przysłowiowym „marzeniem ściętej głowy”.

Nawet jednoczesne skierowanie całej zawartości antykwariatu na jakąś aukcję sztuki czy giełdę staroci, nie tylko nie wróży sukcesu, ale z góry jest skazane na porażkę. Doświadczenie uczy, że zawsze zostanie jakaś pula przedmiotów niechcianych, nie dających się sprzedać, nie mogących sobie znaleźć nowego właściciela. Źle, za drogo lub niepotrzebnie kiedyś przez antykwariusza zakupionych, albo niemodnych, albo wręcz nieładnych, niesprzedażnych. Takich  cegieł…

I tu właśnie obnaża się istotny cel takiego zwariowanego marzenia antykwariusza: uwolnić się od przedmiotów zbędnych, pechowo nabytych, niepotrzebnie przyjętych w komis, zapomnianych przez Boga i właścicieli, którzy oddając je do antykwariatu przed np. czterema laty zrobili sobie w domu porządek na koszt antykwariusza…

W każdym chyba antykwariacie (w każdym razie w każdym, w którym na ten temat rozmawiałem) są takie przedmioty. Jak się ich pozbyć? Co zrobić z kilkoma drobiazgami, które właściciel oddał w komis wiele lat temu i do dziś ich nie odebrał, bo odebrać nie może, jako, że mu się zmarło 2 lata temu? Co zrobić z brzydką porcelaną zostawioną przez panią, która potem pojechała do Australii i ślad po niej zaginął? Co zrobić (najświeższy przykład) z półmetrowym wielbłądem (nawet ładnie wyrzeźbionym w drewnie), który właściciel postawił na podłodze i wybiegł z antykwariatu z okrzykiem: ”Nie mam czasu, jutro przyjdę…!” i to „jutro” trwa już półtora roku?

Jak się wycofać z zakupów , których dokonałem w momencie jakiejś ślepoty, zaczadzenia, czy – bo i tak bywa – pod wpływem litości dla żałośnie wyglądającego właściciela? Wyrzucić to wszystko? A co zrobić z tym, na co moda przeszła (np. z porcelaną China Blau) – trzymać i wierzyć, że kiedyś ta moda wróci?

Co zrobić z obrazkiem, który był już we wszystkich antykwariatach Szczecina, w każdym z nich wisiał na każdej ścianie, miał cenę obniżaną i podwyższaną – i wszędzie efekt był taki sam, czyli żaden?

Takich właśnie łakoci ma każdy antykwariat pewną ilość – mniejszą lub większą – w zależności od nosa i fartu właściciela. Gdyby więc przyszedł ów wymarzony klient, który wziąłby wszystko, to…ho, ho… to byłby szczęśliwy dzień. Za jednym zamachem człowiek pozbyłby się wszystkich cegieł i mógłby zacząć wypełniać antykwariat od nowa, nowym towarem i… nowym cegłami, ale o tym się woli w takim marzeniu nie pamiętać.

Raz prawie było blisko realizacji snu o superkliencie.

Był rok 1996, w antykwariacie pojawił się Irlandczyk, nabrał towaru na 15 000 $ (a to już wówczas była suma niezła), w antykwariacie widać było puste placki. W nocy (!) szukaliśmy nowego towaru u klientów, o których wiedzieliśmy, że coś mają.

A rano się okazało, że Irlandczyk spustoszył wszystkie antykwariaty Szczecina, antyki ładował na jakimś parkingu do trzech tirów z napisem „RYBY” (autentyczne!), no i później czytaliśmy w gazetach o złapanym na granicy przemycie antyków.

Więc, żeby było jasne: nie o takim kliencie marzę!

Z tirami oznakowanymi "Ryby" - proszę nie podjeżdżać!

 

   

Jacek Bukowski  

 

Drukuj | Powrót do listy


stat4u

Odwiedziny: 1616

Copyright by SMARTNET