Gości online:   10

       

 

                 MIĘDZY GALERIĄ A ANTYKWARIATEM

 

 

 

  Przedwojenne zasoby mojej rodziny w większości szlag trafił. Z mieszkania matki gestapowcy wyrzucili nas w pół godziny, a gdy wróciliśmy po wojnie – dom był już państwowy. Dziadkową kamienicę zdruzgotała bomba, a w hotelu prababuni w Środzie Wielkopolskiej zajętym przez  bratnich sołdatów nowi gospodarze załatwiali się (sam widziałem!) do dziur wyrąbanych w środku … schodów! Więc na zdrowy rozum biorąc, z zawartości tych nieruchomości żadne ruchomości pozostać nie miały prawa. Nie wszystko jednak zginęło. Rodzina potrafiła przechować w tej zawierusze szereg okruchów przeszłości, a wśród nich

       

                                             Portrety rodzinne

 

 

       Pamiętam z powojennego poznańskiego mieszkania trzy pastelowe portrety: moja matka i dwaj jej bracia, wszyscy sportretowani jako dzieci. Co ja piszę? Pamiętam? Przecież portret Mamy wisi obok mnie w tej chwili, patrzę na niego! Zawsze mówiło się, że te trzy portrety malowała Zofia Batycka. Ja w tę rodzinną legendę wierzyłem i ją powtarzałem moim dzieciom, ale dziś już wiem, że takiej malarki w ogóle nie było! Nie ma jej w żadnym katalogu, żadnej literaturze. A portrety - są! Doprawdy nie wiem, spod czyjej ręki wyszły…

Pamiętam ogromne dwie karykatury mojego Dziadka, jednego z założycieli Polskiego Radia: siedzi okrakiem na województwie poznańskim i w siatkę łapie radiopajęczarzy, a więc tych cwaniaków, którzy odbierali audycje radiowe bez stosownej opłaty. (Może to jest patent dla dzisiejszej Poczty Polskiej, która nie potrafi sobie poradzić z telewidzami nie płacącymi abonamentu?)

Pamiętam wspaniałe trzy portrety mojej ciotki  wykonane przez „Firmę Portretową” niejakiego Witkacego. Bajecznie kolorowe, zwariowane, działające mocno na wyobraźnię. Wiele lat później, gdy częściowo sparaliżowanej, bardzo samotnej, bo bezdzietnej i bardzo potrzebującej gotówki ciotce zaproponowałem fachową pomoc w sprzedaży tych portretów - dumnie odparła:

„Mogę nic nie jeść, ale sobą i przeszłością handlować nie będę!”

 

Wszystkie te wspomnienia naszły mnie w kontekście rajdu po kilku galeriach sztuki w Szczecinie, który to rajd odbyłem w ściśle określonym celu. Wszędzie gdzie byłem, zadawałem to samo pytanie:

„Czy jesteście Państwo przygotowani na sytuację, gdy do galerii wejdzie klient i poprosi o zrobienie portretu sobie lub dziecku? Czy macie Państwo kontakt z artystą gotowym natychmiast wykonać takie zlecenie?”

Zewsząd słyszy się utyskiwania na złą kondycję finansową artystów, a malowanie portretów zawsze było zajęciem nieźle dochodowym. Malowanie królów, cesarzy, ich rodzin, wielmożów i wielkich zdobywców – było dla autorów bajkową żyłą złota. Później coraz zamożniejsza klasa średnia przejęła zwyczaj uwieczniania się dla potomności, więc – pomyślałem – prędzej czy później i nas dopadnie ta moda: nasza klasa średnia będzie chciała się utrwalić wzorem dziadów i pradziadów na płótnie lub nawet w rzeźbie. Warto - myślałem dalej - sprawdzić przygotowanie naszych artystów na taką ewentualność.

Wynik mojej sondy był żałosny, a przecież się nie leniłem! Zacząłem do Zamku i galerii mających w nim swe siedziby, dalej oczywiście odwiedziłem galerie Związku Artystów Plastyków i Galerię Związku Rzeźbiarzy, liczne galerie przy Końskim Kieracie, a także kilka dalszych galerii prywatnych.

Wszędzie odpowiedzi były jednakowe, lub bardzo podobne: nie, takich usług nie prowadzimy i nie aranżujemy, tu się portretów nie zamawia, ale… sondujemy rynek, jeśli takie zamówienia się pojawią, to odpowiednia grupa artystów może się w to zaangażuje…”. W Galerii Kierat fachowo dodano: ale termin, technika i cena, muszą być negocjowane bezpośrednio między zainteresowanymi.

W sumie nigdzie nie powiedziano mi bezpośrednio, że takie zlecenia już były, lub, że artysta taki a taki, za sumę taką a taką, gotów jest… itd…itp…

Szkoda.

Znów odwołam się do mojej (coraz słabszej niestety) pamięci. Gdy prowadziłem mój pierwszy antykwariat Salon Hobby, takie zlecenia przyjmowałem od 1990 r. Portrety pastelowe wykonywał na zamówienia Henryk Boehlke (studia w Instytucie Sztuk Pięknych w Warszawie do 1929 r. i w Ecole Suprieure des Beaux Arts, w Paryżu do 1946 roku - patrz mój felieton „Pan Heniu”).

Pan Henryk, gdy malował młodą damę, preferował pozowanie osobiste, ale np. portrety Karola Wojtyłły czy Jerzego Waldorffa (świetny!) wykonywał bez obecności modela. No cóż, przez kilka lat przyjąłem tylko trzy zamówienia dla Pana Henia, ale dobre i to. Potem artysta zaniemógł, przestał malować, wreszcie odszedł…

Więc gdzie i u kogo dziś w Szczecinie zamówić portret rodzinny?

Doprawdy nie wiem.

Ale wiem, gdzie zamówić własną karykaturę.

W Galerii Henryka Sawki! Czy każdego narysuje? Tego nie jestem pewien, ale mnie kiedyś machnął kilkoma szybkimi kreskami i to jest jedyny mój portret, który zostawię potomnym…

 

Jacek Bukowski 

                   

                                        

                        Henryk Boehlke - "Portret Agaty B." - pastel sygn.

Drukuj | Powrót do listy


stat4u

Odwiedziny: 1774

Copyright by SMARTNET