Gości online:   8

       

MIĘDZY GALERIĄ A ANTYKWARIATEM

 

 

 

    We wszystkich felietonach starałem się unikać słów powszechnie uznanych za nieprzyzwoite. Dziś jednak muszę użyć (i to od razu trzykrotnie) słowa wytrycha, słowa zastępującego w naszym języku wszystkie inne słowa, słowa, które jest rzeczownikiem, ale używane bywa jako czasownik, przymiotnik, przysłówek, przerywnik i co tam jeszcze kto woli. Chcę tu bowiem przypomnieć stary, ale jary dowcip o zajączku.

  

   Do knajpy wpada zając chwat, wali pięścią w szynkwas, bierze się pod boki i groźnie wrzeszczy:

   - Kto, kurwa???

   Przy ostatnim stole podnosi się 2-metrowy niedźwiedź:

   - Ja, kurwa!

   Zajączek kuli się w sobie i szepcze:

   - Oooo, kurwa…

 

   Proszę policzyć ile w tym trzykrotnym powtórzeniu identycznego słowa jest różnych treści, różnych werbalnych intencji i różnych emocji bohaterów dialogu. Coś około dziesięciu.

  Ten tekst był mi potrzebny jako wprowadzenie do felietonu o tytule:

 

 

Ostrożnie z przymiotnikami!

 

       Kiedy czytamy opisy obiektów antykwarycznych zamieszczanych w katalogach aukcji internetowych lub stacjonarnych, kiedy studiujemy oferty ze stron WWW rozmaitych antykwariatów i galerii, napotykamy na całą gamę przeróżnych przymiotników. Niekiedy występują one solo, niekiedy stadami. Zauważyłem w tej kwestii pewną  prawidłowość: im autor opisu mniej wie o obiekcie, tym więcej przymiotników używa, kryjąc pod nimi swą wobec niego bezradność. Szczególnie celują w tym domorośli handlarze na Allegro. U nich kiepskie, toporne odlewy mosiężne wyrabiane w anonimowych warsztatach są: „…niespotykanie bogato i pięknie rzeźbione (!), urzekające bogactwem wspaniałych ozdób, zachwycające każdego prawdziwego znawcę…”. Przymiotnik na przymiotniku, wszystkie – wobec kiczowatego obiektu – nieprawdziwe. Na marginesie: rzeźbienie w metalu lub szkle (też widziałem takie teksty) bardzo by mnie interesowało… Może mi ktoś pokaże, jak się to robi?

Pal licho nawiedzonych allegrowiczów. Przyjrzyjmy się opisom spotykanym na profesjonalnych aukcjach. Występujące tam przymiotniki też  trzeba umieć czytać!

Oto kilka przykładów:

W katalogach aukcjonera szwedzkiego o ksywce „Muchowaty” (pisałem o nim w poprzednim felietonie) około 50% obiektów obdarzonych jest albo przymiotnikiem „elegante”, albo „dekoratiwe”. Tłumaczyć nie muszę. Widząc obiekty, których dotyczą, możemy tylko westchnąć wyrozumiale.

W internetowych aukcjach duńskiego Domu Aukcyjnego Lauritz  co jakiś czas przy zdjęciu oferowanego obiektu pojawia się duży napis: „deLuxe”. Sugeruje on, że mamy do czynienia z czymś nadzwyczajnym, przedmiotem luksusowym, wręcz rarytasem. NIE DAJMY SIĘ ZWARIOWAĆ! W ten sposób aukcjoner chce nam podbić bębenek, „zamącić błękit w głowie”, jak mówił tekst piosenki Tadeusza Wożniaka, spowodować, że dostaniemy wypieków na twarzy, a nasze uszy będą płonąć z pożądania. Próbuje nam wcisnąć jakiś niezbywalny obiekt dopisując do niego mile brzmiące zapewnienie, że po nabyciu będziemy pławić się w luksusie. Ostatnio widziałem tam z napisem „deLuxe” zwykły stolik do kawy z blatem z pleksi (!) i nóżkami palisandrowymi, taki, jakie były modne w latach 60-ych ubiegłego wieku i w sklepach z meblami kosztowały 300 zł. Napisano, że to „BG design” i wyrżnięto cenę wywoławczą…12 000 DKK, co z opłatami aukcyjnymi daje na początku licytacji sumę…ponad 8000 złotych!

O, właśnie: magiczne słowo „design”! To mi przypomina, że takich magicznych słów jest więcej: „krótka seria”, „nakład limitowany”, „projektowany specjalnie dla…”, „rarytas kolekcjonerski”, itd. itp. Przy studiowaniu takich ofert warto wykazać się opanowaniem, nieufnością i warto pamiętać o polskim przysłowiu: „Widziały gały, co brały!”

Na aukcjach niemieckich spotkamy w opisach słowo „Gebrauchsspuren” (ślady używania). Przetłumaczyć łatwo, przyjąć do wiadomości trudniej.  Jakie ślady? Mocne, czy leciutkie? Wymagające ingerencji konserwatora, czy dające się zaakceptować? Szanujący się antykwariusz lub aukcjoner powinien nam to pokazać na zbliżeniu, bo po zakupie już nie wyegzekwujemy od sprzedawcy żadnej reklamacji – przecież wyraźnie napisał, że coś jest z obiektem nie najlepiej. A 8 na 10 ofert z takim określeniem pokazuje tylko jedno, ogólne zdjęcie przedmiotu…

Kłopoty są z angielskimi określeniami przyjętymi w ichniej praktyce antykwarycznej i wydawniczej. Piszą np. „stan obiektu „C”, albo „B”” i nijak nie zgadniemy co to znaczy, jeśli nie mamy odpowiedniego doświadczenia na anglosaskim rynku sztuki. Czy „A” różni się od „B” tak samo jak „B” od „C”? Czy „C” oznacza już uszkodzenia, czy tylko „ślady używania?”. No i – pytamy -  czy „A”  to znaczy „fantastyczny?”, czy „znakomity”, czy tylko „bardzo dobry”?

U nas przyjmuje się powoli skala prawie szkolna. Coś jest „dobre+”  albo „bardzo dobre - ”. Sam niekiedy (chociaż rzadko) tak określam swe obiekty na tej stronie. Wydaje się to czytelne dla klienta, ale - czy rzeczywiście jest? Gdy mam pewność co do świetnego stanu obiektu, piszę najczęściej „stan znakomity”, gdy coś jest nie tak - opisuję i pokazuję na foto usterki. Gdy coś mi się osobiście bardzo podoba – piszę (wyjątkowo rzadko): „Piękny!”. Gdy piszę te słowa na mojej stronie WWW jest 616 obiektów. Zachęcającego słowa „Piękne!” użyłem chyba mniej niż 10 razy.

Moje parametry piękna nie muszą się przecież zgadzać z wyobrażeniem o nim wszystkich - jakże różnych przecież - klientów. Kilka dni temu wdałem się w długi, zawiły i chyba całkiem niepotrzebny spór z pewnym znanym, dobrym klientem, z którym przez lata było nam po drodze. On dużo kupował, ja starałem się (jakby to ryzykownie nie brzmiało) - mu dogodzić. A w tym sporze poszło o... secesję. A ściślej o to, czy jest piękna, czy kiczowata. Ja twierdziłem, że jest piękna, on, że jest denna, przegadana, szmirowata właśnie. I nie działały żadne przywoływane przeze mnie argumenty: a to, że Klimt, Wyspiański, Malczewski, Galle, Loetz, Tiffany i inni, a to, że ma secesja specjalne sobie poświęcone muzea (co przecież o czymś świadczy), a to, że jest to uznany styl, a nie maniera - nic, dosłownie nic, nie przekonało mojego adwersarza. On pozostał przy swoim zdaniu, ja przy swoim. Bo, jak mówili starożytni: "De gustibus non est disputandum", czyli w sprawach smaku nie ma dyskusji. 

Staram się więc unikać wartościujących przymiotników w moich opisach, bo bardzo bym NIE chciał, żeby jakiś klient po otrzymaniu z Pocztexu paczki z obiektem kupionym w moim antykwariatem przez Internet, porównał nabytek z opisem na stronie i wrzasnął jak zajączek: „Oooo… itd.”

 

  

 

 

Jacek Bukowski 

Drukuj | Powrót do listy


stat4u

Odwiedziny: 1380

Copyright by SMARTNET