Gości online:   8

       

 

MIĘDZY GALERIĄ A ANTYKWARIATEM 

 

          Do antykwariatu energicznym krokiem weszła Starsza Pani (do końca pozostańmy przy takim imieniu) i skierowała się prosto do lady.

- Interesuje pana stół dębowy? - spytała.

- A poza stołem jest jeszcze coś? - odpowiedziałem  pytaniem na pytanie.

- Może... - odrzekła enigmatycznie Starsza Pani.

Któż mógł przypuszczać, że to „może” będzie miało takie straszliwe konsekwencje, że zacznie rozwijać się fabuła jak w powieści kryminalnej zatytułowanej:

 

                                            Zegarek zdradza mordercę

 

               Umówiliśmy się za pół godziny. Gdy podjechałem pod blok w centrum miasta, Starsza Pani czekała pod bramą. Zaprowadziła mnie  na wysokie piętro, gdzie w małym mieszkaniu minęliśmy otwarte drzwi do pokoju po lewej stronie, ale podeszliśmy do zamkniętych drzwi po przeciwległej stronie korytarza. Starsza Pani wyjęła z kieszeni klucz i wyjaśniła sytuację:

               - Wie pan, mam sublokatora...

               W pokoju stał typowy dębowy stół z lat dwudziestych. Taki sobie. Na przykrywającej go serwecie pyszniła się natomiast świetna srebrna cukiernica z łyżeczką. Z zawodowego nawyku omiotłem wzrokiem cały pokój. No, no, jest tu czym handlować. Parę rzeźb, parę dobrych sztuk porcelany, kilka olejnych obrazów, akwarele z polskimi nazwiskami autorów. To wszystko pewnie resztki dawnego dobrobytu, bo nijak nie przystawało to do biednych mebli i marnego mieszkanka.

                Starsza Pani rzeczowo ustaliła warunki sprzedaży stołu i cukiernicy. Równie rzeczowo odrzuciła moje zainteresowanie resztą antyków.

               - Ewentualnie później, w przyszłości... - powiedziała nieświadoma wagi tych słów.  - Ale może zainteresuje pana ten złoty zegarek?

                Na stole pojawił się wspaniały zegarek z dukatowego złota, marki... pomińmy szczegóły mogące służyć do identyfikacji. Przecież ktoś go dziś nosi!  Wyszedłem. Moi pracownicy  w następnym dniu przewieźli stół do antykwariatu, a Starsza Pani osobiście wstawiła do komisu zegarek i odebrała stosowny komisowy kwit. Cukiernicy nie przyniosła.

               Minęło kilka tygodni. Właśnie coś gryzmoliłem w papierach, gdy dwaj cywilni policjanci z pionu kryminalnego poprosili o chwilę rozmowy na uboczu. Okazało się, że Starsza Pani nie żyje. Została zamordowana w swoim splądrowanym mieszkaniu. Policja znalazła kwit komisowy z mojego antykwariatu i pyta, czy mogę pomóc w zdefiniowaniu strat. W czasie drogi do mieszkania policjanci mówią, że Starsza Pani leżała martwa w zamkniętym pokoju około 10 dni i dopiero po tym okresie mieszkający w sąsiednim pokoju sublokator nie mógł znieść zapachu i zawiadomił policję.

               Wszystkie drzwi w tym mieszkaniu są oszklone... Brrrr...

               Oszczędzę Czytelnikom opisu tego, co zobaczyłem wewnątrz. Ważne, że w miarę sensownie udało mi się odtworzyć listę brakujących obiektów (z cukiernicą na czele), choć nie wszystkie pamiętałem ze szczegółami. Z czasem okazało się, że do mordercy droga wiedzie nie poprzez te skradzione przedmioty, ale poprzez złoty zegarek spokojnie leżący w moim antykwariacie.
                Moja sprzedawczyni poruszona tragedią, błysnęła pamięcią:

                - Mnie się wydaje, że ten zegarek już u nas raz był. Ale wstawiał go jakiś pan, którego żona chyba wstawiała obraz - powiedziała.

                Zaczęło się żmudne przeglądanie papierów, przekopywanie wstecz przez kilkuletnią dokumentację komisów. Wyniki były rewelacyjne, ustaliliśmy, kto uprzednio wstawiał już ten sam zegarek w komis. Było to całkiem niedawno! Śledztwo policji pchnięte na właściwe tory doprowadziło do ujęcia i osądzenia mordercy.

               Było tak: 

        Starsza Pani często wyjeżdżała do sanatorium. Podczas jednego z tych wyjazdów jej sublokator dorobił klucz do zamkniętego pokoju i ukradł złoty zegarek i pierścionek z brylantem. Traf chciał, że przyniósł to jako swą własność do mojego antykwariatu, który był najbliżej. Na kwicie komisowym zostały jego prawdziwe dane spisane z prawdziwego dowodu osobistego, łącznie z prawdziwym adresem! Pierścionek sprzedałem, właściciel kwitu odebrał pieniądze, a po pewnym czasie wycofał zegarek. Policja ustaliła, że zegarek został wycofany tuż przed powrotem Starszej Pani z sanatorium. Sublokator, a de facto złodziej, zapewne znał ten termin  i zwracając zegarek myślał, że nic się nie wyda. Jednak Starsza Pani zauważyła brak pierścionka w pokoju, którego drzwi  były przecież zamknięte! Złodziejem mógł być więc wyłącznie sublokator, a żeby to stwierdzić niepotrzebna była policja. Z typową dla siebie energią Starsza Pani wzięła sublokatora w obroty i wymogła na nim pisemne zobowiązanie do zwrotu równowartości pierścionka. Papier z tym zobowiązaniem gdzieś schowała, a żeby dalej nie kusić losu (!) postanowiła sama sprzedać feralny zegarek. Ślepy los sprawił, że wybrała do tej transakcji mnie, czyli tego samego antykwariusza, którego wybrał wcześniej złodziej. Ale skąd mogła o tym wiedzieć? Gdyby autor filmu kryminalnego tak zbudował scenariusz, wszyscy by powiedzieli, że cierpi na nadmiar fantazji...

               Złodziej nie wiedział, że zegarek leży znów w antykwariacie (i to tym samym), wiedział natomiast, że zbliża się termin płatności długu. Dysponując kluczami do mieszkania (już tam nie mieszkał, Starsza Pani go wyrzuciła, ale nie zmieniła zamków!) wszedł pod nieobecność aktualnego sublokatora, zamordował Starszą Panią, splądrował mieszkanie szukając trefnego dokumentu a przy okazji nieźle nakradł. Myślał, że wszystko pójdzie na karb nowego sublokatora.

               Policja po znalezieniu w antykwariacie namiarów jegomościa nie miała kłopotów z jego  aresztowaniem, szukała jednak dalej motywów jego desperacji, nic bowiem nie wiedziała o podpisanym cyrografie. W tym czasie do Szczecina z Białogardu przyjechał jedyny syn zmarłej. Likwidując mieszkanie znalazł to, czego nieudolnie szukał zabójca. Syn był zdenerwowany, szuflady ciężkiego bufetu wyciagał w pośpiechu, niedbale trzymając je jedną ręką i... stało się! Szuflada obciążona sztućcami wypadła mu z ręki, a spadając na podłogę odwróciła się dnem do góry. Tam był poszukiwany motyw zabójstwa!
               Starsza Pani przykleiła dokument pod (!!) szufladą bufetu.  Była sprytniejsza od mordercy, który podpisując zobowiązanie zwrotu równowartości skradzionego brylantu - podpisał na siebie wyrok. To był gwóźdź, który przyszpilił mordercę .
               Wynikało z tego papieru, że termin zwrotu pieniędzy mijał kilka dni po śmierci Starszej Pani... Lokator - złodziej nie miał ani pieniędzy na spłatę długu, ani czasu na ich zdobycie. Zamordował więc wierzycielkę.

 

               Dostał - jeśli dobrze pamiętam - 15 lat.

               

                Syn zmarłej oddał zegarek w komis trzeci raz. Znów do mojego antykwariatu...

  

                                                              Jacek Bukowski

Drukuj | Powrót do listy


stat4u

Odwiedziny: 1792

Copyright by SMARTNET