Gości online:   8

       

 

 

                                      MIĘDZY GALERIĄ A ANTYKWARIATEM

 

 "Lokomotytwa" - to genialny poemacik dla dzieci pióra Juliana Tuwima. Wszyscy "Lokomotywę" znają - ja znam ją całą na pamięć od 70 lat i bawiłem nią moje dzieci i wnuki.
 Dziś jednak chcę przypomnieć Tuwima innego, nie tego, który bawił dzieci. Przez kilka ostatnich lat życia (do śmierci w 1949 r.)  ten świetny poeta nie publikował już żadnych poezji. Zajmował się głównie zbieraniem kuriozów literackich, obyczajowych, historycznych, które przyprawiając po swojemu - publikował  w miesięczniku "Problemy" zajmującym się popularyzowaniem wiedzy. Miał tam swoją własną rubrykę, którą z właściwą sobie przekorą nazwał "Cecer com caule". Niby jest to tłumaczenie na łacinę polskiego idiomu "Groch z kapustą", ale Tuwim nie byłby sobą, gdyby nie pokombinował trochę i stąd bezpośrednie tłumaczenie tego zwrotu z łaciny na polski daje nam zwrot "Ciecierzyca i kapusta".
    Teraz ja pokombinuję i - kradnąc Tuwimowi tytuł -  na bazie tego zwrotu chcę pokazać, że szczęście można osiągnąć nie tylko przy posiadaniu dużej gotówki. Czytając niżej trzy opowieści proszę zwrócić uwagę na wysokość wytłuszczonych sum. Proszę jednak nie spodziewać się literackiego grochu z kapustą, bo nie śmiałbym stawać w tej dyscyplinie w kolejce za Tuwimem.
To będzie

 

                        Sumy duże i małe, czyli cecer com caule    

 

 

            * * *                                                                 * * *              

                                                                                                                                                         W roku 2011 odbyła się w Londynie wielka aukcja charytatywna. Dochód z niej przeznaczono na pomoc dla ofiar śmiertelnego tsunami, które dotknęło wtedy Azję, a zwłaszcza Japonię. Na aukcji tej pojawił się niezwykły rarytas: skrzypce, które zbudował najsłynniejszy lutnik świata - Antonio Stradivarius.

Nie wiem kto je na tę aukcję ofiarował, ale mam wiedzę, co się działo dalej. Otóż skrzypce nabył nieujawniony z nazwiska uczestnik aukcji płacąc za nie niebotyczną cenę: 11 MILIONÓW Euro !!!.  A potem było tak: nabywca cieszył się swym zakupem, a że miał dobre serce - któregoś pięknego dnia wypożyczył instrument młodemu skrzypkowi. Amatorowi, który chciał na nich zagrać na egzaminie przed komisją akademicką. Młody człowiek pojechał ze skrzypcami pociagiem do Berna, a gdy wysiadał z pociągu - był tak przejęty czekającym go egzaminem, że... zapomniał o skrzypcach. Zostały one w wagonie. Na półce leżał sobie zapomniany Stradivarius za - bagatela - 11 milionów euro!
Myślą zapewne Czytelnicy, że skrzypce zginęły. Nie, nie zginęły. Znalazły się w Biurze Rzeczy Znalezionych  na dworcu w Bernie.
Proszę nie zapominać, że wydarzenie miało miejsce w Szwajcarii, o której moi Dziadkowie  mówili zawsze z uznaniem:
"To kraj tak uczciwy,  że ludzie tam nie zamykają na klucz drzwi wejściowych do swoich domów..."

Wniosek: jeśli jesteś artystą roztargnionym i wciąż coś gubisz - podróżuj tylko po Szwajcarii. A Stradivariusa nie pożyczaj....

                                                                                                                         

             * * *                                                                                                             * * *       

 

    Chadzają różnymi drogami różne opowieści o cenach najbardziej znanych w świecie obrazów i najbardziej znanych fałszerstw dzieł sztuki. Jeśli chodzi o najdrożej sprzedane dzieła na aukcjach - raczej powstrzymuję się od podawania wyników, bo tempo wzrostu tych cen jest tak oszałamiające, że zanim coś o ostatnich rekordach napiszę - są one już nieaktualne. Albo na kolejnej aukcji obiekt zyskał lepszą cenę albo następna transakcja odbyła się po cichu, świat jej nie zarejestrował, a nowa cena jest oczywiście wyższa, niż osiągnieta na ostatniej aukcji.
   Trochę inaczej rzecz się ma z falsyfikatami, fałszerstwami. Udowodnione - deprecjonują wszystkie osiągnięte wcześniej ceny.
    Najsłynniejszym fałszerzem (tu ważny dopisek - O KTÓRYM WIEMY) był Holender Han van Meegeren. Ten zdolny człowiek specjalnie długo nie żył - zmarł mając 58 lat, ale zdążył w swym życiu namalować 6 fałszywych obrazów Jana Vermeera i 2 fałszywe obrazy Petera Hoocha (nie licząc wielu innych pomniejszych fałszerstw). Do tego się przyznał, zaprzeczył jednak, że sprzedał obraz Hermannowi Göringowi, marszałkowi hitlerowskich Niemiec, mimo, że w przejętych przez aliantów zbiorach tego zbrodniarza wojennego było jedno fałszerstwo Meegerena.

 Już przed wojną Meegeren wziął za "Uczniów z Emaus"(patrz miniaturkę wyżej)  aż 520 000 guldenów, a podczas II wojny światowej sprzedał "Głowę Chrystusa" za olśniewającą sumę 1 600 000 guldenów. Żył jak król, ale po wojnie został aresztowany i w więzieniu malując pod okiem specjalnej komisji udowodnił swe autorstwa fałszywek, żeby dostać w sądzie karę za fałszerstwa, co było lepsze od oskarżeń o kolaborowanie z nazistami i sprzedawanie im dzieł wielkich mistrzów. Karę więzienia dostał faktycznie małą (chyba 1 rok), ale państwo holenderskie upomniało się o pieniądze, które państwowe muzea wypłaciły mu za nabyte falsyfikaty i zażądało zwrotu niepłaconych podatków (powtórzono więc zabieg, który wcześniej amerykańskie władze przećwiczyły na Alu Capone). Zlicytowano cały majątek fałszerza. Po tej nauczce umarł w niecały rok...

Wniosek: Jeśli masz wybitny talent twórczy - twórz pod swoim nazwiskiem. Ubieranie się w nieswoje piórka jest niezdrowe....

 



                                   * * *                                                                            * * *          

 

             To był rok 1956, sierpień. W pogoni za dwoma dziewczynami, które nam uciekły do Sopotu na I Festiwal Jazzu (w każdym razie tak twierdziły) - pojechaliśmy tam  auto-stopem, bo to był najtańszy przecież środek lokomocji. My, to znaczy mój 17-letni kolega Zbyszek Zbroszczyk i ja. Obaj tuż przed maturą. Zanim tym stopem dojechaliśmy do Sopotu, dziewczyn już tam nie było (może zwiały na Mazury?). Gdzieś po drodze kupiłem paczkę tytoniu do fajki, którą przezornie zabrałem w drogę, bo mieliśmy tam być 6 dni, a ja już byłem nałogowo palącym papierosy. Dłużej być nie mogliśmy, bo przecież 1 września zaczynał się rok szkolny. Paczka na 6 dni wystarczy i te papierosy zastąpi - myślałem. Zbyszek nie pali, będzie dobrze. Niestety, nie było....
     Kiedy w Sopocie na Monciaku (ul. Monte Cassino) podliczyliśmy finanse, okazało się, że mamy razem oszałamiającą sumę... 16 złotych!!! Dziewczyn nie było - postanowiliśmy skrócić pobyt do 4 dni i nie chodzić na jazzowe koncerty, bo kto nas tam wpuści bez biletów? Słuchaliśmy więc Ptaszyna Wróblewskiego i jego kolegów na dworze, na zewnątrz ogromnego namiotu, wewnątrz którego odbywały się koncerty.
Młodzieńcza fantazja i brawura to rzeczy piękne, ale dwóch ogigli przyjechało do drogiej i już wówczas modnej miejscowości praktycznie bez finansów! Zaczęliśmy od zakwaterowania w... Hotelu Robotniczym. Obskurnym, ale najtańszym lokum w Sopocie. Tam się okazało, że na korytarzu zawsze rano wystawiany jest ogromny gar z czarną, zbożową kawą, żeby robotnicy (też - jak my - golasy finansowe) mogli czymś przepłukać wysuszone wieczorami gardła.... Już było co pić na śniadanie. Na kolacje chodziłem do mojej cioci, która mieszkała na - jakże by inaczej - na Monciaku. Troskliwa ciocia dawała mi wałówkę na śniadanie, które natychmiast po moim wyjściu pałaszował na schodach Zbyszek. Kolacje więc były załatwione.  Podzieliliśmy 16 zł na 4 dni i wyszło nam, że mamy po 4 złote na 2 obiady dla obu głodomorów dziennie. W barze mlecznym starczało na 2 zupy... Załatwiona została sprawa obiadów. Nadal brakowało na jakiś poranny wikt, opłatę za hotel, jakieś piwko, jakieś tanuszki itd.
   Ratunek przyszedł z niespodziewanej strony. Pierwszego wieczoru w Hotelu Robotniczym zostaliśmy zaproszeni przez jego lokatorów na wspólne piwko. Tam się okazało, że połowa bractwa ma jakieś tatuaże na rękach, barkach itd. Zbyszek obejrzał i stwierdził, że są marne i on potrafi narysować lepsze.
- No to rysuj, jakeś taki mądrala - zarządził jakiś ważniak.
 Zbyszek od ręki na czyimś ramieniu walnął orła, na czyjejś piersi - gołą dziewicę. No i zaczął się bal!!!
Pozostałe 3 dni mieliśmny co jeść i co pić (głównie piwo i wino "patykiem pisane"), budowlańcy sprowadzali z pracy kumpli zamawiających dalsze dzieła, za które już płacili groszowe sumy, ale jednak płacili, ja zbierałem te grosze i zarządzałem całością a Zbyszek rysował, rysował i rysował.... Kto to potem dziergał i czym - nie wiem do dziś. Starczyło na opłatę hotelu, jedzenie, papierosy, powrót do Poznania pociągiem.
Zbyszek miał bowiem niezwykły talent, właśnie kończył Liceum Plastyczne, później skończył architekturę i po 30 latach (w II połowie lat 1980 - tych) odnalazłem go w Paryżu jako bardzo wziętego architekta.
Jak się ma ta dawna przygoda do cyklu moich felietonów o antykach i sztuce? Dlaczego ja tak odległą historę opowiadam?
Dla bardzo ważnego wniosku:

Wniosek:  jeśli masz prawdziwy talent artystyczny (malarski, rzeźbiarski, wokalny itp.) zawsze przeżyjesz wszelkie przeciwności losu. Nie będziesz potrzebował ani 11 milionów euro, ani 1 600 000 guldenów. Wystarczy Ci... 16 złotych.

                                                                                                 Jacek Bukowski

 

                                                                                                                                                                                                                       

                                      

Drukuj | Powrót do listy


stat4u

Odwiedziny: 470

Copyright by SMARTNET