Gości online:   4

       

 

                                           MIĘDZY GALERIĄ A ANTYKWARIATEM

                                                                                        

                  Mój współpracownik Darek, mistrz ebenista, znakomicie ratujący od ćwierćwiecza zabytkowe meble - moje i klientów - na temat renowacji mebli antycznych wie wszystko. Absolutnie wszystko. Ale przed kilkoma dniami "zażyłem go z mańki" (jak mawiano kiedyś w Poznaniu). Ponieważ obaj lubimy sobie żartować, również z siebie nawzajem,  zadałem mu znienacka pytanie z dziedziny, która nie jest jego domeną, a on  zachował się tak, jak się spodziewałem. Spytałem go:
 

                                                                   Jak nazywał się Picasso?    

- O co ci chodzi? - Spojrzał na mnie badawczo czując jakiś podstęp.
- Pytam jak nazywał się Picasso? - powtórzyłem pytanie.
- Jak to jak? Oczywiście nazywał się Pablo Picasso! - wypalił Darek i... wpadł w zastawioną pułapkę.
- Otóż on się nazywał - tu wziąłem głęboki oddech i tonem mądrali wyrecytowałem pełne nazwisko malarza:

Pablo Diego Josè Francisco de Paula Juan Nepomuceno Maria de los Remedios Cipriano de la Santisima Trinidad Ruiz y Picasso !!

- Ostatni zamyka drzwi? - spytał przytomnie Darek.
W tym momencie blysnęła mi myśl, by napisać felieton o kwestii nazwisk w pracy antykwariusza. 

                                                                                       * * *

                                                             

Problem nazwisk twórców w pracy antykwarycznej jest nie tylko bardzo ważny, ale wręcz pierwszorzędny! Skłaniam się do opinii malkontentów, którzy marudzą, że obecnie na rynku sztuki handluje się nie dziełami, ale... nazwiskami. Oczywiście, że tak jest! Najgorszy knot się sprzeda, jeśli jest podpisany bardzo dobrym nazwiskiem (oczywiście, gdy podpis jest prawdziwy), ale bardzo piękny olej lub akwarela, gdy nie są podpisane znanym nazwiskiem, są bardzo trudne do sprzedania. Powód: mniej klientów interesuje na ścianie  piękno, bardziej "inwestycja" w sławne nazwisko. Więc wartość rynkowa każdego nazwiska jest dla handlu antykwarycznego wartością prioritetową.
Po prawej stronie tego tekstu  umieściłem kompilację: góra tego obrazka, to fragment  olejnego "Nokturnu" a dolna część, to zdjęcie podpisu autora tego obrazu: "J. Rollin" ►!   ►!
Gdy obraz trafił do mojego antykwariatu - nie znałem tego nazwiska. Zajrzałem więc na strony Artprice, francuskiej witryny katalogującej ceny dzieł poszczególnych twórców sztuki. Kilka razy próbowałem i zawsze po wpisaniu "Rolin" - wyskakiwało mi inne nazwisko: "Kurt Kaufmann" Pomyślalem, że coś się w technice pokićkało...
Sprawdziłem więc, kto zacz ten Kaufmann? Okazało się, że profesjonalna jak zawsze witryna Artprice notuje 1500 (!!)  transakcji obrazami malarza o nazwisku KURT KAUFMANN i podaje daty jego życia: 1843 - 1902. W tej ogromnej ilości są obrazy podpisane różnorako: Kurt Kaufmann,  B. Lambert,  B. Gruber, J.Holmstedt, H. Curriere i  J Rollin. Jeśli się wrzuci jakiekolwiek z tych nazwisk do wyszukiwarki Artprice - pojawiają się zawsze wyniki dla Kurta Kaufmanna! Trudno jednak uwierzyć, że pan Kurt namalował 1500 obrazów podpisując je sześcioma różnymi pseudonimami!!! Działał wbrew interesowi swego nazwiska? Nie chciał swego prawdziwego nazwiska wypromować?
Niestety, nie znajdziemy odpowiedzi na te pytania. Zastanawia jednak brak biogramu Kurta Kaufmanna w literaturze przedmiotu. Być może - ale to tylko moja teoria -  jest to postać wirtualna, a katalogujący wyniki aukcji malarstwa na świecie eksperci Artprice wrzucili pod to nazwisko wszystkie obrazy tych malarzy, co do których... byli bezradni w kwestii ustalenia biografii!
No, ładnie, ani o centymetr taka sytuacja na przybliża antykwariusza do właściwej wyceny obrazów  malarzy, którzy trafili do tego wspólnego worka...
Cóż, trzeba poczekać, aż któryś z nich wyrobi sobie DOBRE NAZWISKO. Może to będzie J. Rollin?

               


 

 

 

 











                     
                                   

          

                  
                                                                              

                                                

 

 

                                                                             * * * 
   Twórcy dzieł sztuki (a dotyczy to zarówno malarzy, rzeźbiarzy, jak i np. modelarzy figur porcelanowych) zostawiają na swych pracach podpis lub odcisk nazwiska zwany potocznie sygnaturą. Może być ona pełna (np. Jan Matejko), skrócona (Matejko), ale często jest tylko monogramem (J.M).  Nie znam żadnego katalogu sygnatur, który by obejmował WSZYSTKIE sygnatury z dowolnie wybranego obszaru: np. polskie, europejskie, nie mówiąc już o światowych. Jeśli chodzi o sygnatury malarzy polskich, to polecam książkę Tomasza Lewickiego, której czerwoną okładkę pokazuję u góry. Jest to drugie jej wydanie z r. 2003, od tego czasu zapewne wyszły dalsze wydania, a trzeba pamiętać, że w takim almanachu autor pokazuje to, co zebrał do momentu wydania swego katalogu. W dalszych wydaniach będzie sygnatur zapewne więcej. A jak to wygląda wewnątrz? Ano, zobaczmy:
otworzyłem katalog w przypadkowym miejscu i sfotografowałem sygnatury Felicjana Szczęsnego Kowarskiego, malarza, który żył w latach 1890 - 1948. Idę o zakład, że gdyby Czytelnicy tego felietonu znienacka stali się właścicielami prac z takimi sygnaturami - nie wiedzieliby, czyje one są. Zwłaszcza ta pierwsza jest nie do odczytania. Przy monogramie F.S.K. byłoby dużo łatwiej, ale czy na pewno?  A tu proszę: jest nazwisko autora, daty jego życia i nawet datowanie zmieniających się przecież z czasem podpisów autora. A nieco wyżej co mamy? Podpis świetnego malarza Leona Kowalskiego. Niekoniecznie łatwy do odczytania bez tej książki.
Oczywiście są też katalogi bardzo trudne do zdobycia. W r. 1996 oddawałem parę prac na aukcję w znakomitym berlińskim Domu Aukcyjnym Bassange. Był wsród tych obiektów pastel podpisany monogramem. Nie wiedziałem kto to, ale wiedziałem, że Niemiec, bo był to świetny pejzaż z berlińskim (znanym) mostem. Pracownik domu aukcyjnego sprawdzając monogram w jakimś opasłym tomisku tak się specjalnie z nim odwrócił do okna, żebym nie widział niczego... Przecież domy aukcyjne żyją ze swej wiedzy!
A ja jednak podejrzałem nazwisko autora tego almanachu: Grimm. Jak znany twórca bajek.

No fajnie, ale od tego czasu minęło ćwierć wieku, a ja żadnego katalogu Grimma z sygnaturami monogramów nigdzie nie znalazłem. Nawet w tych  36-u tomach katalogu artystów (zdjęcie po lewej)  - podają wszystko : życiorysy, dzieła, nawet niektóre używane monogramy. ale zdjęć sygnatur i monogramów nie ma. 
Nie jest łatwo...

 

                                                                                              * * * 
 

   Na zakończenie mały wtręt osobisty. Kiedy pół wieku temu (z małą górką) braliśmy z żoną ślub cywilny, urzędnik - jak zawsze - wygłaszał  formułkę, którą każdy miał bezbłądnie powtórzyć. Mnie to poszło gładko, żonie nie do końca... Nikt jej bowiem wcześniej nie powiedział, że... ja mam aż trzy imiona nadane urzędowo w akcie urodzenia (na piśmie!) i ona musi je wszystkie wymienić! W sumie to było dużo mniej do powtórzenia, niż gdyby wychodziła za mąż za Picassa, ale niemniej zaskoczenie było pełne. Gdy więc miała gładko wyrecytować: "Biorę sobie za męża Ciebie: Jacku Franciszku Zbigniewie Bukowski....itd", to tak ją ten Franuś rozśmieszył, że trzy razy próbowała całość wygłosić i za każdym razem się krztusiła ze śmiechu, a za nią śmiała się cała zebrana świta z urzędnikiem włącznie. Do dzisiaj nie wiem, czy w końcu powiedziała to tak, jak należy. A jeśli formułki nie wygłosiła poprawnie, to co? Czy nasze małżeństwo jest w ogóle ważne????   Może ja nadal jestem... kawalerem????

Taaak! Nazwisko to ważny atrybut nie tylko artysty, ale każdego człowieka. 

                                                       Jacek Franciszek Zbigniew Bukowski                                                                      

Drukuj | Powrót do listy


stat4u

Odwiedziny: 625

Copyright by SMARTNET