Gości online:   5

       

 

                                                MIĘDZY GALERIĄ A ANTYKWARIATEM

 

              Na Nowy Rok 2020 przygotowalem dla swoich klientów coś niezwykłego: 1 stycznia wystawiłem do sprzedaży "Portret kobiety" przypisywany wielkiemu malarzowi francuskiemu Eduardowi Manetowi. Obiekt posiadał aż  3 (!) ekspertyzy, których autorzy konsekwentnie i z  całą stanowczością przypisywali portret Manetowi, ale żaden z autorów nie napisał, że to jest dzieło tego mistrza. Jednocześnie cała trójka przywołanych ekspertów oświadczała, że obraz powinien dostać świadectwo autentyczności w ojczyźnie malarza, gdzie jest wielu ekspertów będących  autorytetami w temacie "Manet". Właścicielka obrazu posłała więc obraz do Paryża, gdzie w słynnym Instytucie Wildensteina portret obejrzeli ci,  którzy powinni, a potem orzekli:
  "Bardzo chętnie włączymy ten obiekt do katalogu dzieł Maneta, ale proszę nam przedstawić jego proweniencję."
  No i sprawa stanęła w miejscu. Właścicielka nie miała żadnych dowodów na pochodzenie obrazu poza oświadczeniem własnego dziadka, który przed śmiercią powiedział rodzinie, że to cenny Manet, mają go chronić, a przywiózł go z Włoch wracając do Polski po II wojnie światowej. Taka wiedza to tylko "legenda rodzinna" i jest to za mało, by ją nazwać proweniencją dzieła. Domy aukcyjne nie mogą sobie pozwolić na wystawienie oferty pozbawionej  historii. A jeśli obraz (zanim trafił do rąk dziadka) był gdzieś skradziony, albo stał się nieuprawnionym łupem wojennym? Taki obiekt nie może się   znaleźć w katalogu, należy wszelkimi środkami dążyć do jego legalizacji poprzez odtworzenie jego historii.

   Pojawienie się w moim antykwariacie tego obrazu wywołało ogromną sensację. Nie mogłem opędzić się od wysłanników prasy i telewizji z całej Polski. Gdziekolwiek otworzyło się internet - wyskakiwałem ja z obrazem Maneta. Pisał nawet o tym... "Super Express", który umieścił zdjęcie "Portretu" Maneta (i moje!!) tuż obok artykułu o... pospolitym morderstwie!! Odniosłem wrażenie, że główną sensacją jest nie tyle sam obiekt, ile jego cena. Biegła z listy rzeczoznawców  Ministra Kultury wyceniła obraz na 2 000 000 złotych. Ja go wystawiłem i błyskawicznie sprzedałem za 160 000 zł.
  Dlaczego? Bo tylko tyle mógł (zdaniem właścicielki obiektu i moim) kosztować portret Eduarda Maneta nie mający papierów dokumentujących jego pochodzenie.
  Ta historia przywołana tu została przeze mnie, jako dowód na to, jak w obrocie dziełami sztuki ważne jest


                                               Udokumentowane pochodzenie obrazów

 

W latach 2000 - 2010 regularnie jeździłem na aukcje do Berlina, a szczególnie do Domu Aukcyjnego Dannenberg. Na pewnej aukcji w roku 2005 kupiłem obraz autorstwa Georga Majewicza, który żył w latach 1897 - 1945 i mimo polskiego nazwiska był Niemcem, a w swej ojczyźnie uznawany jest za świetnego animalistę, czyli specjalistę od portretów zwierząt. Na tym oleju przedstawiającym wrzosowisko żadnych zwierząt nie ma, ale obraz jest świetny, a ponieważ autor przed wojną miał jakiś czas pracownię w Szczecinie - jest on u nas dobrze znany i chętnie kupowany. Pokazuję go po prawej stronie.
2 godziny później na tej samej aukcji kupiłem wspaniałą, złoconą ramę mając pewność, że kiedyś do czegoś ją dopasuję. W domu się okazało, że... oba elementy pasują do siebie co do milimetra!!! Taki traf!
Obraz w tej grubej, bogatej ramie wyglądał  tak przepięknie, że wziąłem go do domu. Wisiał w salonie do 2013 roku, kiedy to zmieniałem meble i cały wystrój ścian. Wtedy wstawiłem Majewicza do antykwariatu z ceną 7000 zł. 
Dalej było tak:
- 2014 r. - obraz kupiła Pani O. z Mierzyna;
- 2016 r. - obraz z ceną 9000 zł wisiał w sklepie z antykami w Stobnie,  widocznie Pani O. postąpiła tak, jak ja wcześniej;
- 2019 r. - obraz pokazał się znów w sklepie z antykami na dworcu Niebuszewo w Szczecinie, ale cenę miał już mniejszą - 7000 zł (widocznie nie został sprzedany za te 9000 zł żądane w Stobnie);
- 2020 r. - obraz kupiła za 5000 zł (czyli za równowartość sumy zapłaconej przeze mnie w r. 2005 w Berlinie) Pani E. mieszkająca w Dobrej Szczecińskiej. Pani E. to moja dobra znajoma (i dobra klientka), która w r. 2007 będąc z wizytą w naszym domu siadziała wraz z mężem na sofie...  pod tym obrazem!!! 

Geograficznie kółeczko zakreślone przez obraz wyglądało tak:
BERLIN - SZCZECIN - MIERZYN - STOBNO - SZCZECIN - DOBRA SZCZECIŃSKA
Zajęło to Majewiczowi 15 lat (2005 - 2020 r.).

Załóżmy teraz, że nazwisko Georga Majewicza robi na rynku sztuki oszołamiającą karierę, a obraz, o którym opowiadam ma być kiedyś wpisany do paryskiego katalogu i tam eksperci żądają proweniencji. Czy tak dokładnie znane jego dzieje na przestrzeni 15 lat wystarczą? Oczywiście, że nie!
A skąd niby obecna właścicielka, albo następna i jeszcze dalsza, mają wiedzieć, co się działo z tym pejzażem w okresie od powstania oleju (ok. 1935 r.) do dnia mojego zakupu w Berlinie? A skąd ktoś ma wiedzieć, co się z obrazem działo w czasie II wojny światowej? Można jeszcze domniemywać, że aukcjoner Dannerberg w Berlinie ma dokumenty potwierdzające, kto obraz wstawił do niego na aukcję w r. 2005 roku, ale to chyba koniec pewnych wiadomości. Tym bardziej, że jest już inny właściciel tego Domu Aukcyjnego.
Więc proweniencja dzieła sztuki jest sprawą szalenie ważną, ale bardzo często niemożliwą do ustalenia.

Proszę przypomnieć sobie, co spotkało słynną kolekcję malarstwa ofiarowaną Państwu Polskienu przez małżeństwo Carroll - Porczyńskich.
Kolekcja z zadęciem otrzymała przydomek "Kolekcji imienia Jana Pawła II", oddano dla niej zabytkowy gmnach dawnej Giełdy i Banku Polskiego, a potem... nastąpił krach,
Gdy ekspert, dr Mieczysław Morka zakwestionował nie tylko oryginalność dzieł, które w większości okazały się kopiami, ale zakwestionował też czystość intencji ofiarodawców - ci nie umieli się obronić, bo... nie mogli wskazać proweniencji większości obrazów.

A właśnie o tym, jak ważnym aspektem jest znane pochodzenie dzieła sztuki - traktuje ten felieton.

 

 

                                     

 

 

               

 

 

 

 

             

                       

         

          

 


          Fot. 1 - GEORG MAJEWICZ (1887 - 1945 )
                   "Wrzosowisko" olej/płótno, 65 x 97 cm

          Fot. 2 - Rama złocona, XIX wiek 96 x 127 cm.

          Fot. 3 - Oba obiekty jako całość.

 

 

 

                    Jacek Bukowski

 

 

Drukuj | Powrót do listy


stat4u

Odwiedziny: 696

Copyright by SMARTNET