Gości online:   8

       

 

                                            MIĘDZY GALERIĄ A ANTYKWARIATEM


          W zamierzchłych czasach mojego pierwszego zawodu (konferansjer, prezenter) wykorzystywałem na estradzie taką myśl anonimowego autora:

        "Gdy któryś z nas, mężczyzn, się rodzi, wszyscy zawsze pytają: "Jak czuje się MATKA?", gdy któryś z nas, mężczyzn, się żeni, wszyscy zawsze pytają: "Jak wyglądała PANNA MŁODA?", a gdy któryś z nas, mężczyzn, umiera - ludzie zawsze pytają: "Ile JEJ zostawił?"
        Powtarzałem to wielokrotnie, w różnych sytuacjach scenicznych i w różnych miejscowościach, aż w końcu podczas koncertu w Międzyzdrojach po tym tekście jakiś jegomość z pierwszego rzędu krzyknął głośno: "To jest świństwo!". Jego okrzyk bardzo się spodobał publiczności (chyba tylko jej męskiej części?)... Gdy wybrzmiał śmiech na sali skwitowałem uwagę widza tak: "Może tylko świństewko? A Pana zapraszam po koncercie za kulisy - dopiszemy Pana do listy wypłat za udział w koncercie..."
             Przypomniała mi się ta dyferencja "świństwo - świństewko", gdy szukałem tytułu dla tego felietonu.


                                                          Świństwa i świństewka

 

Zacznę od małego świństewka. A właściwie od dwóch świństewek: jedno zrobiono mnie, a drugie ja natychmiast zrobiłem temu, który mnie zrobił to pierwsze...
To było w Szwecji, na lokalnej aukcji w środku lat 1990-tych. Jak zwykle masa towarów, masa klientów, dobre, bo jeszcze w tych latach niskie ceny. Wypatrzyłem dwa serwisy Rosenthala, obiadowy i kawowy, w modelu Pompadour, który w Szwecji zawsze był niepopularny, a u nas cieszy się do dzisiaj dużym wzięciem. Dużo w tym modelu wytłoczeń i złoceń, a Szwedzi kochają porcelanę gładką i dekorowaną w każdym odcieniu niebieskości, a najlepiej, gdy jest to wzór niebieskich... jagód. No to - myślałem sobie - serwisy pójdą tanio, kawowych mam w antykwariacie kilka, więc mogę dać tylko cenę wywoławczą, dalej się nie będę pchał w licytację, natomiast obiadowy jest mi potrzebny,  mogę dać coś  ponad cenę wywoławczą. Popełniłem jednak błąd: zbyt szybko wystrzeliłem z ręką w górę w momencie, gdy aukcjoner wymienił numer katalogowy "mojego" serwisu obiadowego. Szwedzcy handlarze zauważyli, że mi na tej porcelanie zależy i... zaczęli się ze mną ścigać dla zabawy. W pewnym momencie zorientowali się jednak, że jeśli ja w tej chwili z licytacji odpadnę - oni będą musieli zapłacić wylicytowaną cenę + 20 % i zostaną na placu boju z porcelaną o wiele za drogą jak na szwedzki rynek. Zrezygnowali. Ja zapłaciłem więcej, niż się spodziewałem, ale nadal wiedziałem, że w Polsce jeszcze zarobię. Chwilę później licytowano serwis kawowy. Postanowiłem odpłacić Szwedom pięknym za nadobne. Wszedłem w licytację, mocno ją podciągnąłem udając mimiką i zachowaniem, że mi na tym serwisie też bardzo zależy i ... raptem - odpadłem z gry! Szwedzi zostali z ręką w ... Ich miny w tym momencie warte były każdej sumy, a już na pewno warte były tych koron nadpłaconych za serwis obiadowy...

                                                                                          * * *

                                                                                                                                                                                 

          Ten przekręt, który tu opiszę chciał wykręcić mąż żonie, z którą się rozchodził. A było tak:

Przyjechała do mnie z Gryfina Pani X, która była na finiszu sprawy rozwodowej, właśnie sąd miał dokonać podziału majatku, ale jej się coś nie zgadzało... Otóż mąż od lat zbierał zegary ścienne, uzbierał ich aż 41, chciał je podzielić prawie równo (dla niej 20 sztuk, dla niego 21), ale ponieważ pani się na zegarach nie zna, prosi o ich ocenę i wycenę dla sądowego podziału.                                                                                                                                    
Takie wyceny są płatne (2% od znalezionej w obiektach wartości), należą do mojego zawodu, robiłem je wcześniej dla Straży Granicznej, Urzędu Skarbowego i dla komorników, ale dla rozwodników jeszcze nie... Pojechałem więc zaciekawiony do Gryfina i zobaczyłem taki obraz podziału:
w jednym pokoju wisiało 21 porządnych zegarów ściennych, szafkowych, secesyjnych, eklektycznych, Beckerów, Junghansów i innych, a w drugim pokoju wisiało... 20 kukułek! W większości rosyjskich, choć kilka było niemieckich tzw. schwarzwaldów. Ilość się w tym podziale zgadzała, ale wartość obu stron podziału miała się do siebie tak, jak wartość mojego konta w PKO do konta Blila Gatesa.
Ludowe zegary z wyskakującą z pudła kukułką są specjalnością tyrolskich domowych warsztatów i mają jakąś wartość (z akcentem na "jakąś") ale rosyjskie kukułki to zwykle bylo całkowite dziadostwo.
Dokonałem wyceny, Pani X wzięła ją z wyraźną radością mówiąc: "Podejrzewałam, że mój "były" szykuje mi jakieś świństwo".
Widocznie sąd uznał moją wycenę, bo już nigdy nikt z Gryfina do mnie w sprawie zegarów nie przyjechał..

Obok na 2 zdjęciach pokazuję (+/-) jak wyglądał podział dokonany przez Pana X.                                                   

 

                                                                                                 * * *

W pierwszej opowieści użyłem słowa "świństewko",  ale teraz będzie opowieść o "ordynarnym świństwie"!
W roku 2015 dostałem do sprzedaży "Akt" - rysunek ołówkiem podpisany "T. DE LEMPICKA". Ogromna to rzadkość na polskim rynku! Tamara Łempicka (1898 - 1980) była wielką polską artystką, emblematyczną przedstawicielką epoki Art Déco. Jej prace pojawiają się na renomowanych aukcjach światowych, ale nie w tak skromnych progach antykwarycznych, jak mój. Do rysunku (oprawionego pod szkłem) dołączony był certyfikat autentyczności wystawiony w 2008 roku w Paryżu przez Alaina Blondela, czlonka Unii Francuskich Ekspertów. Obiekt wstawił w komis bardzo zacny klient, dobrze nam znany doktor medycyny, piastujący wysokie stanowisko w pewnym szczecińskim szpitalu. Osoba godna najwyższego zaufania. Życzył sobie za niego 15 000 zł. Spytany na czym opiera ten szacunek powiedział, że kilka lat temu tyle zapłacił swym znajomym, którzy mu ten rarytas zaoferowali.
    Przystąpiłem do opracowywania oferty na stronę internetową i sprawdzając jakie ceny osiągają rysunki Łempickiej na rynku polskim odkryłem coś zaskakującego! Ten rysunek był sprzedany w pewnym Domu Aukcyjnym w Warszawie w roku 2010 za... 40 000 zł!! Coś się tu mocno nie zgadzało!!! Zatelefonowałem do  dyrektora tej placówki, z którym znamy się prawie 30 lat. Mówię, że mam "Akt" Łempickiej, ten akt, który On sprzedał w 2010 r. A p. Dyrektor na to: "Nie ma Pan tego rysunku, bo ja go mam!". Na to ja, że niemożliwe, bo leży przede mną. Wtedy p. Dyrektor posłał pracownika do magazynu, a ten przyniósł rzeczony obiekt i jego certyfikat. Zostałem poinformowany, że "Akt" wylicytowany za sumę 40 000 zł nigdy nie został odebrany i czeka cierpliwie w magazynie na odbiór, a sytuacja jest patowa: ani nie można go sprzedać drugi raz, ani zwrócić właścicielowi, bo wciąż jest możliwość pojawienia się osoby, która go wylicytowała... Gdy jestem wściekły - myślę błyskawicznie, więc nim p. Dyrektor wytłumaczył mi zawiłości sprawy - ja już sobie wszystko poukładałem w głowie. "Ma Pan kreta w firmie - krzyknąłem - odbił na ksero rysunek i certyfikat i sprzedał w Szczecinie BARDZO PORZĄDNEMU lekarzowi!" Po skończeniu rozmowy udaliśmy się - każdy w swoją stronę: Pan Dyrektor zaczął badać, czy moja teoria jest właściwa, ja poddałem szczegółowym badaniom rysunek. No tak! To było ksero! BARDZO trudne do wykrycia wobec oszczędnej kreski ołówkowej, łatwej do odbicia na kserografie. A że zrobił to ktoś mający dostęp do obu przedmiotów  (rysunku Łempickiej i certyfikatu) - - to oczywiste. Mógł to zrobić jakiś "kret" w domu aukcyjnym, ale mógł takich odbitek dowolną ilość zrobić właściciel przed oddaniem obiektu na aukcję. Nie jest wykluczone, że wylicytowanie rysunku było tylko grą oszustów: ten "wynik aukcyjny" miał być podstawą do późniejszej (być może wielokrotnej) sprzedaży odbitki po "okazyjnej cenie". Można postawić dolary przeciw orzechom, że licytant nie wykupi tego obiektu.
Rysunek wrócił do bardzo zasmuconego właściciela, którego ktoś ZE ZNAJOMYCH (!) oszukał na 15 000 zł. Czy to nie było ordynarne świństwo?
 
                                                                                        Jacek Bukowski
Drukuj | Powrót do listy


stat4u

Odwiedziny: 616

Copyright by SMARTNET